piątek, 21 lutego 2014

Wałkując przewałkowane - Yankee Candle



O Yankee Candle usłyszałam na długo przed tym, kiedy zrobiło się o nich głośno w internecie. Zawsze chciałam je wypróbować (a po internetowym boomie ta chęć jeszcze wzrosła), ale nie chciałam kupować zapachów "w ciemno", przez internet, nie powąchawszy ich uprzednio (obecnie również byłabym skłonna kupić przez internet tylko te zapachy, które już znam), więc odpuściłam sobie, ze smutkiem zastanawiając się jakby to było umilić sobie takim woskiem lub świeczką wieczór. W Trójmieście wówczas Yankee nie było zbyt dobrze dostępne, a też nie chciało mi się ganiać za świeczkami po całym mieście albo i nawet trzech miastach. Los uśmiechnął się do mnie w te wakacje, kiedy to przechadzając się po Dublinie trafiłam do sklepu Yankee Candle, kupiłam cztery tarty bez większego zastanawiania się i... przepadłam. 

Moimi pierwszymi woskami były Pink Dragon Fruit, Pink Sands, Baby Powder i Waiki Melon. Nie miałbym trudności z wyborem najlepszego z nich - zresztą już o tym pisałam poprzednio - Pink Dragon Fruit to mój ulubiony zapach aż do teraz i chyba jedyny zapach, który na chwilę obecną byłabym skłonna kupić w słoju (gdyby w końcu udało mi się go dorwać stacjonarnie... wrrr...). Jest to egzotyczny, owocowy, bardzo intensywny, słodko-kwaśny zapach, cudo!

Bardzo spodobał mi się też Baby Powder, ponieważ bardzo lubię zapachy w tym stylu. Lekko słodki, pudrowy, jeden z tych, które określam mianem "proszkowych". Może jednak po dłuższym czasie trochę dusić, dlatego też dotychczas jeszcze nie kupiłam go ponownie. 


Pozostałe dwa nie zrobiły na mnie spektakularnego wrażenia. Waikiki Melon wydawał się być dla mnie, miłośniczki owocowych zapachów, zapachem idealnym. Był jednak bardzo powtarzalny,spodziewałam się po nim czegoś dużo lepszego. 

Jeśli z kolei chodzi o Pink Sands - tutaj zaważyła subiektywna preferencja mojego nosa - powtarzalności nie mogę mu zarzucić, generalnie jest to miły dla nosa zapach. Nie mogłam jednak wyczuć czym on tak właściwie pachnie. Opis w internecie mówi coś o cytrusach, słodkich kwiatach i wanilii. Kwiaty czuję, owszem, reszty - niet. Dosyć niepowtarzalny zapach, może się podobać, mnie jednak jakoś niespecjalnie urzekł. Nie twierdzę, że jest zły, po prostu - nie dla mnie. 

Później stała się rzecz wspaniała. Yankee stały się lepiej dostępne w Trójmieście (Galeria Bałtycka, Riviera), więc mogłam kontynuować swoje nowe uzależnienie. Woski kupowałam w różnych odstępach czasowych, nie myśląc o tym, by cykać im ładne foty, więc po prostu je pokoloruje (takie kolory odpowiadają mi ich zapachom) :C

Pozwolę sobie rozpocząć od wosków, które najbardziej polubiłam, by potem objąć tendencję spadkową, aż do pewnego smrodka. 


Snow in Love - bardzo mocny i intensywny, przypomina ciężkie perfumy. Ciężko go jednoznacznie określić, ma w sobie coś z drewna, ale mnie przypomina... wiśnie. Bardzo, ale to bardzo mi odpowiada i chociaż na początku myślałam "ok, fajny zapach, ale co on ma wspólnego ze śniegiem?", to kiedy królować zaczął śnieg i mrozy, doszłam do wniosku, że zapach idealnie komponuje się ze śnieżnym krajobrazem za oknem. 

Fluffy Towels - jeden z moich niekwestionowanych ulubieńców. Jestem osobą, która kocha zapach "typowego" proszku do prania. Ten wosk pachnie jak proszek do prania. Nic więcej powiedzieć nie trzeba. 


Under The Palms - wosk kupiony bardzo niedawno, spodziewałam się czegoś z nutą kokosa, kokos jednak, jeśli jest, to bardzo słabo wyczuwalny. Czuć głównie liście i trawę, strasznie relaksujący, delikatny i przyjemny zapach. 

Summer Scoop - jako, że jest to zapach owocowy, nie mógł mi się nie spodobać. Truskawki, czerwone owoce, jagoda - z tym ten wosk mi się kojarzy. I to, że truskawki wydają się sztuczne w niczym mi nie przeszkadza. Tylko trochę słabo pachnie podczas palenia. 

Strawberry Buttercream - zapach słodki, z przebijającą się kwaśną nutą. Może nie pachnie jak "prawdziwe" truskawki (to chyba jakaś osobliwość truskawkowych zapachów) ale jak cukierki truskawkowo-śmietankowe już tak. Mnie odpowiada. 

A Child's Wish rozczarowanie. Tym razem pod względem... intensywności. Podczas palenia wybitnie słabo wyczuwalny. Kwiatowo-trawiasty. Smutno mi z tego powodu, bo słyszałam i czytałam wiele pochelbnych opinii na jego temat. Cóż. 


Vanilla Satin - pierwszy wosk który uświadomił mi, że chyba zapachy z wanilią w nazwie nie są najlepszymi dla mnie. Niepalony wosk pachnie ładnie, słodka wanilia, jakaś kwaśna, owocowa (cytrynowa?) nuta. Niestety, podczas palenia zapach się spłyca, a wanilia staje się nie do  zniesienia. Mieszałam go sobie raz z Fluffy Towels i w takiej wersji chyba go skończę.Ponownie nie kupię. Gdzieś w internecie znalazłam opinię, że przypomina perfumy starszej pani. Duszące i mdłe. Mocno się z tym zgadzam.  

Vanilla Cupcake - ta sama sytuacja co powyżej. Niepalony - świetny zapach babeczki waniliowej, aż chce się go zjeść! Po roztopieniu - płytka, nieładna wanilia. Nie. 

I na koniec mój osobisty potworek, nie wiem co z nim zrobię, może komuś oddam... jeśli w ogóle znajdzie się ktoś, kto będzie go chciał. Nie wiem co mnie podkusiło w sklepie, żeby go kupić. Może za bardzo zajarałam się plażą. Przed państwem...


...Beach Wood - zapach dosyć męski i faktycznie czuć w nim plażę. Ale nie tę plażę, którą chcielibyśmy czuć. Trochę morski, trochę słony... nie wiem co jest w nim takiego odpychającego, ale nie chciałabym palić go nawet w toalecie (jeśli mimo to ktoś miałaby ochotę na napoczętego potworka, to niech pisze na maila - labuda.mag@gmail.com lub wyrazi chęć w komentarzu - z chęcią się go pozbędę). 

Dzisiaj z kolei kupiłam po raz pierwszy osławiony Soft Blanket i czuję, że bardzo się polubimy. 
Mimo kilku "wpadek" zapachowych nadal będę próbować nowe :D

środa, 12 lutego 2014

Ulubieńcy początku roku

Oh jejku, jejku a cóż to za zastój?
Nie będę się rozdrabniać i płakać, że nie było nas bo cośtam i wracamy mózgować, bo to bez sensu. Po prostu napiszę posta. Postawię na coś łatwego na rozgrzewkę i - jako, że już połowa lutego - przedstawię wam swoich ulubieńców pierwszych tygodni 2014 roku. 

1. Kosmetyki

Gdybym miała napisać o ulubieńcach kosmetycznych - nie mielibyście wiele do czytania. Ostatnio postawiłam na wykończenie do cna wszystkich kosmetyków jakie posiadam, by zrobić sobie miejsce na nowe. A żaden z nich nie zrobił na mnie wrażenia na tyle dużego, by zasłużyć na miano mojego ulubieńca. Przedstawię wam więc tylko lakiery do paznokci które ostatnio (o ile w ogóle chce mi się malować paznokcie) gościły na moich dłoniach najczęściej. 


Jak widać są to dwa lakiery z wibo - jeden to teoretycznie lakier-baza po jakieś futerko czy inny brokat, ale dla mnie ma po prostu idealny odcień granatu (jestem obecnie w fazie uwielbienia dla granatu, wybaczcie), dokładnie taki jakiego szukałam. Drugi to z kolei matowy top-coat z brokatem, który jakoś tak po prostu mnie urzekł. 

2. Zapach

W wakacje odwiedziłam Dublin i tam kupiłam sobie moje pierwsze woski Yankee Candle. Od tamtej pory co miesiąc zostawiam sobie pieniądze by kupić przynajmniej jeden lub dwa nowe zapachy. Jednakże ten jeden, konkretny wosk, który był też moim pierwszym zakupem, będę chyba kupowała zawsze. Jest do zapach Pink Dragon Fruit, który, mam wrażenie, zostanie moim ulubionym na wieki wieków. Niezwykle intensywny, owocowy, egzotyczny, słodko-kwaśny zapach. Ideał. W chwili obecnej została mi ostatnia ćwiartka tarty i następnym razem chyba zainwestuję w moją pierwszą świecę - właśnie o tym zapachu.


3. Napój 

Tutaj będę nudna i monotonna, ale jest to herbata. Herbata z firmy, za której herbatami niekoniecznie przepadam, ale do tego konkretnego smaku powracam każdej zimy. Lekko słodkawy, z pikantną nutą, idealny na zimowe wieczory. Latem nie jestem w stanie go pić, ale zima bez niego dla mnie nie istnieje. Przed państwem - moja ostatnia torebka herbaty Teekanne - Ginger&Lemon, której, gdy czytacie ten post, niestety nie ma już z nami. 

Zapierająca dech jakość aparatu w telefonie

4. Jedzonko

Tutaj poza konkurencja wiodły prym dwie rzeczy. Kwaśne żelki w kształcie robaków (jakiejkolwiek firmy) i cudo, które poznałam będąc w grudniu w Rosji i którego kilkadziesiąt sztuk przywlokłam ze sobą stamtąd busem (Czocher-przemytnik). Jest to twarożek/serek na ciastku, z nadzieniem (moje ulubione to zguszonka - czyli mleko skondensowane), oblany czekoladą. Niby nic, a jest to zdecydowanie najpyszniejsza rzecz na świecie!

Cudowne zdjęcie robione jeszcze w ruskim akademiku
(te akurat są z Lidla)
5. Gadżet

Pan Kalendarz.  I nic więcej dodawać nie trzeba. 


6. Książka

Jako, że sesja mocno mnie ograniczała w tym względzie, zrobię kryptoreklamę i przekieruję was na mój blogpodobny twór, gdzie piszę o "Ognistym Aniele" Waleriego Briusowa. 

7. Aplikacja/gra na telefon

Nie lubię androida. Jestem zapaloną fanką Windows Phone. Ale to, co chcę wam pokazać, jest dostępne na obu systemach, a także na iOS. Jest to gra, od której jestem totalnie uzależniona. W chwili obecnej utknęłam na poziomie 64 i nie mogę go przejść (głęboki smutek), ale nie poddaje się! 
Jest to gra w stylu "dopasuj trzy", oparta na produkcji Disneya - "Frozen Free Fall". Niesamowicie wciąga, serio (chciałam jeszcze nadmienić, że nienawidzę poziomów na czas i tych z usuwaniem frosta!)

Nieszczęsny poziom 64
8. Strona internetowa

Quizy na BuzzFeed. Rozwiązuję nałogowo. Moje dwa ulubione: jaką kanapką i jakim Putinem jesteś (smutna kanapka z szynką i patriotyczny Putin)
9. Film

A raczej kreskówka. "Masza i Niedzwiedź" czyli najpopularniejsza chyba obecnie kreskówka w Rosji. Ciepła, przyjemna, zabawna (co prawda po rosyjsku, ale to w niczym nie przeszkadza, jako że dialogi nie są zbyt porywające, a wszelkiego rodzaju żarty są raczej sytuacyjne). O całkiem miłym i spokojnym niedźwiedziu i nękającej go, nadpobudliwej, aczkolwiek bardzo sympatycznej i słodkiej dziewczynce, która zawsze psuje mu plany. Do ogarnięcia nawet dla tych, co nie znają języka i bez problemu dostępne na youtube. 



Ufff, post wyszedł dosyć długi. Chciałam napisać jeszcze o grze komputerowej i ubraniach, ale się wstrzymam. Trzymajcie się ciepło i - miejmy nadzieję - do szybkiego zobaczenia!