wtorek, 30 lipca 2013

Trochę niezbyt fajowy post

Cześka, Mózgowicze!
Przepraszam was za kolejny zastój w notkach...Wynikał on z ogólnego mojego zabiegania i gdy już miało wrócić to wrócić do normy, cóż... Aktualnie piszę do was ze szpitalnego 'łoża'. Wychodzę podobno 7 sierpnia. Jeżeli nie dostanę innego źródła internetu niż telefon, notek nie będzie :c
Miałam w planach także kolejny filmik, ale cóż... Nagram go po powrocie. I dziękuję wam baaaardzo za to, jak go przyjęliście. Serio. To jakieś mniej niż 300 wyświetleń i 10 subskrypcji, ale zrobiły mi dzień.
Także do usłyszenia!
+ czy ktoś ma ochotę na odrobinę nostalgii? Słowo daję, jak w barach mlecznych! klik

niedziela, 21 lipca 2013

Nestle Pirulo Watermelon

Priwjet!

Dawno mnie tu nie było, oj dawno. Stwierdziłam jednak, że nie godzi się, żeby Dobi była jedyną osobą, która trzyma tego bloga przy życiu i postanowiłam spiąć tyłek i coś napisać.

 Napiszę wam dziś o lodach. Temat dla mnie bardzo na czasie, bo wczoraj została mi podstępem wyrwana ósemka (dosłownie, wiecie "tylko tu sprawdzę stan zębów, pani Halinko proszę podać szczypce, szybko, szybko!" i człowiek nie ma szans na ucieczkę). Żeby nie spuchnąć wpieprzam wiele lodów (nie wiem czy to działa, ale jak wycinali mi jakąś kość z dziąsła to działało, poza tym każdy powód jest dobry aby nawpieprzać się lodów). Jadłam dużo, ale napiszę o jednych, żeby nie było za wiele dobrego na jeden raz.

TARARARAM, przed państwem - Nestle Pirulo Watermelon. 


Jestem wzrokowcem i lubię wszystko co ładnie wygląda (np. obsesyjnie kupuję różne dziwne rzeczy w puszkach, pod warunkiem, że puszka ładnie wygląda) i nietrudno domyślić się co zwróciło moją uwagę w tych lodach. NO CZY ONE NIE SĄ ŚLICZNE!?



Lody (a raczej  ich czerwona część) mają smak arbuza (co za niespodzianka), za to zielona skórka to zielone jabłuszko. To coś brązowe to jakieś dropsy, ale dla mnie to totalne nieporozumienie i jestem w stanie wybaczyć ich obecność tylko temu, że nieźle wyglądają (ale nie zjadam ich, jakaś dziwna ta czekolada, więc wydłubuję). Smak arbuza dosyć sztuczny, smakuje jak większość rzeczy na rynku, które mają smak arbuza (najbardziej mi się kojarzy z gumą do żucia), za to jestem fanką tego zielonego na dole, jest pyszne.

Mimo to lody dobrze orzeźwiają i są niezłe na gorący dzień. Ja jem ich dużo, bo ładnie wyglądają (podejrzewam, że gdyby kupa ładnie wyglądała to też bym to zjadła), chociaż obiektywnie stwierdzam, że spodziewałam się czegoś lepszego. Ale ile ludzi, tyle opinii - moja mama jest nimi zachwycona i twierdzi, że dawno nie jadła lepszych. Tylko czekoladowe kulki mogliby usunąć.

Jeden lód ma 73ml, a w tym 62 kcal (osobiście nie liczę kalorii, ale jak ktoś lubi to proszę bardzo), koszt to plus/minus 2zł.

środa, 17 lipca 2013

Lumpeksy- co, jak, gdzie, jak się nie dać zabić? +filmik z ciuchami!

Hai!
Jak wspominałam ostatnio, większość mojego skromnego majątku marnotrawię w lumpeksach. Stwierdzenie, że zgubiłam w nich mózg, jest więcej niż trafne. Pewnie kiedyś znajdę go gdzieś pomiędzy wieszakami na przecenie.
Dzisiejszy post chciałam więc poświęcić tematyce kupowania w second handach.

Pomimo całkiem sporej ilości ludzi w tych przybytkach dobroci, zakupy w lumpeksach wciąż są mało popularne. Mało popularne wśród młodych ludzi przynajmniej. Głównymi bywalcami lumpeksów są zwykle starsze panie i zabiegane matki.
Zauważyłam dziwną właściwość: ludzie, mając do wyboru rzecz dobrą jakościowo, niezniszczoną, często markową, a spraną, zniszczoną- nazwijmy rzecz po imieniu- szmatę, ładują do koszyka to drugie. Jest to dla mnie szalenie, szalenie niezrozumiałe. Zwłaszcza, że te lepsze rzeczy nieraz wychodzą taniej...
No cóż. Więcej zostaje dla mnie!
No właśnie... Więcej, to pojęcie względne.

Gdy już znajdziemy w swojej okolicy lumpeks, musimy się uzbroić w parę rzeczy.
Cierpliwość.
Zaciekłość do walki.
Zimna krew.

Brzmi strasznie :>
Cierpliwość. Najważniejsza. Przygotujmy się na mozolne przeszukiwanie wszystkiego, każdego wieszaka, każdego kosza. Nigdy nie wiadomo, gdzie leży nasze marzenie- a prawdziwe perełki często leżą zapomniane, pod stertą ciuchów.
Bywa też tak, że wychodzi się z pustymi rękami. Na szczęście zdarzyło mi się to ze dwa razy. Nic tak nie demotywuje jak godzina spędzona w lumpeksie i niezmieniony stan portfela. Ale nic straconego! Pamiętajmy, że zazwyczaj dostawa jest raz w tygodniu. Dopytajmy pani na kasie, kiedy najlepiej przychodzić.

Zaciekłość...I szybkość. Parę razy boleśnie musiałam pożegnać się z pięknymi rzeczami z własnej głupoty. Bałam się podejść do pani obok mojej pięknej rzeczy, no bo jak to tak, wtryniać się...Więc kręciłam się obok, czekając. Na moje nieszczęście pani wrzuciła tę rzecz do koszyka. Ach, wciąż tęsknię za tamtym żakietem....
Także pamiętajcie- podoba wam się coś, wygląda, że w miarę dobre- od razu bierzcie. Potem macie czas na selekcję.

Zimna krew- to jest coś, czego nie potrafię wciąż nabyć... Bez granic zakochuję się w rzeczy na wieszaku, wygląda na mój rozmiar, wrzucam do koszyka, chodzę cała w skowronkach...Po czym idę do przymierzalni i okazuje się, że rzecz totalnie na mnie nie leży. Albo jest nie do przerobienia. Po cichu chlipiąc, spędzam w przymierzalni sporo czasu, próbując jakoś udobsonować ubranie. Ale koniec końców, muszę się z nim pożegnać...
Także...nie nastawiajcie się, jeżeli jesteście jak ja. To boli :c

I...To właściwie tyle, co miałabym do przekazania początkującym osobom. Trochę już czasu w tym siedzę, kupiłam naprawdę spoooro rzeczy. Nie tylko dla siebie, nie tylko ubrania. Ostatnio na przykład kupiłam uroczy portfel i obrus. (ale przepiękny!) Bywają też lumpeksy,  których są sprzęty, meble, zabawki... Istny skarbiec cudów.
Kupuję tak właściwie mało. Z całego lumpeksu niekiedy wybiorę cztery rzeczy, wyjdę z jedną- albo trudno mi dogodzić, albo wszystko jest cholernie za duże. Niestety, to mój główny ból- widzę przepiękne, przepiękne ubrania, które są w tak szalonych rozmiarach, że przerobienie ich nie wchodzi nawet w grę. Chyba, że chcę zepsuć cały krój. No cóż. Moja mama z kolei była ze mną dwa razy i za każdym razem wyszła z pełnym worem ubrań, całkowicie ze wszystkich zadowolona.
Tak samo ma moja babcia(tak, moja babcia tez uwielbia lumpeksy!). Wychodzi z wieloma rzeczami, podczas gdy ja wychodzę z nosem na kwintę. Ale trzeba jej przyznać, że nosa ma i przynosi mi cudowne perełki(które oczywiście mi nie leżą...)

No, to ten, żeby nie było nudno, postanowiłam zrobić filmik z moimi ubraniami. Nie powala on jakością, ale wciąż jestem cholernie dumna, że mi się udało ogarnąć nagrywanie telefonem (!) i sklecenie tego w edytorze. Także no, weźcie na to poprawki podczas oglądania, to mój pierwszy filmik, przed nim nawet z movie makerem byłam na bakier :c
TAKŻE TUTAJ TUTAJ FILM OBEJRZYJ SOBIE NA JUTUBE A CO


edit: jak mogłam zapomnieć! Dwie rzeczy nie pojawiły się w filmiku: suknia i beatlesowa koszulka. Głupi blogger nie chce załadować mi zdjęć, więc jeśli macie ochotę zerknąć: odsyłam was tu.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Milky Way Magic Stars

Cześć, mózgowicze!
Spytam krótko: lubicie pielęgnować swoje wewnętrzne dziecko? Ja bardzo lubię, pokuszę się o stwierdzenie, że jest to moje główne zajęcie na co dzień. Czy może być coś milszego od pozostawienia w sobie tych cech dziecka, które nigdy nie zrobią z nas nudnych, szarych i poważnych dorosłych?
Koniec pseudofilozoficznego wstępu. Do konkretów!
Dzięki mojej superuberhipermegawielkiejnajwiększejnafajniejszej przyjaciółce miałam okazję przypomnieć sobie jeden z nielicznych smaków dzieciństwa, którego nie odnowiłam w późniejszych latach. Z prostej przyczyny- paskudy przestały je sprzedawać w Polsce. A mowa o obrośniętych już legendą, gwiazdeczek Milky Way Magic Stars!
Ach, jak ja je kochałam układać za dzieciaka! W ogóle lubiłam układać cokolwiek, no ale... Mając całą paczkę, mogłam się popisać.
(sorcia, zdjęcie z instagrama, oryginał mi zaginął. JESTEM ARTYSTOM)
Dwie małe paczuszki szczęścia. Trzymałam je parę dni na biurku, z obawami. A co, jak nie będą tak smaczne? A co, jak przereklamowane? A co, jak tego nie warte?...
W końcu otworzyłam.
Starym zwyczajem podzieliłam gwiazdeczki, patrząc na ich minki i trochę się nimi pobawiłam.

Najbardziej lubiłam cwaniaka w okularach, a z tej gwiazdki na dole reszta się śmiała, bo miała smoczek...
Okej, dosyć tych zabaw. Don't judge me ;_;

Po kilku chwilach rozrzewienia wzięłam pięć na raz do ust. A co! Jak wspominać, to grubym kalibrem!
EKSPLOZJA.
Tak, obrośnięte legendą gwiazdeczki zdecydowanie na to zasługują. Czekolada taka, jak ma być. Pięknie się rozpuszcza na języku, bardzo szybko, co bardzo lubię. No kurczę, to jest to! To jest dokładnie to !
Wzięłam kolejną. Pora sprawdzić, czy konsystencja ta sama....Przegryzam. Tak, taka sama, charakterystyczna, momentami zęby wchodzą jak w masło, momentami....no....jak nie w masło.
Chciałam zostawić sobie na potem, naprawdę, ale nie dałam rady. Za pyszne.
Smak? Z pewnością mogę stwierdzić, że to bardziej gęsta czekolada, która pokrywa batoniki Milky Way. Lepsza, bo twardsza i bez tego obrzydliwie słodkiego białeego czegoś, co jest batoniku.
NO I TE GWIAZDKI MAJĄ MINKI
I W OGÓLE

Niektórzy nie uważają gwiazdek za nic specjalnego. Możę nie patrzę obiektywnie. Ale co z tego? Nikt mi nie odbierze tej radochy ze spróbowania ich ponownie. I tego smaku, też nie. Dobi jest na 3X TAK, i żąda wprowadzenia produktu na nasze półki. Natychmiast.

niedziela, 14 lipca 2013

Miejsca, w których zgubiłam mózg- Gateau!

Cześć! Ta seria coś nam wolno idzie, ale cóż- mało mamy takich miejsc. A przynajmniej ja, w Rybniku. Chociaż muszę miasto ostatnio pochwalić, bo jeżeli chodzi o pojawianie się nowych, ciekawych miejsc, to Rybnik zasługuje co najmniej na skubichrupkę.
Jak w poprzednim poście, dla ułatwienia dwa kolory. (Marchew, na zielono)
Podczas naszego ostatniego spotkania, ja i Marchew postanowiłyśmy się wybrać do miejsca, na które czaiłam się już od zapowiedzi. Kawiarenka francuska? Me want!
Za pierwszym razem wybrałam się tam z kolegami. Jeden z nich tworzył peany na cześć tamtejszych bez. 'Co jeszcze mogę tam wszamać?'-spytałam, zachęcona pochwałami. 'No, bezy.' 

Tak, Gateau oferuje tylko bezy.
'Bezy? Fuu'-pomyślałam wtedy, gdyż głęboko w środku miałam zakorzenione przekonanie, iż bezy są pioruńsko słodkie, twarde i stracę szczękę, jeżeli ich spróbuję. Ale co mi tam, idę dla towarzystwa.
Doszliśmy na miejsce. Gateau jest położone na ulicy Powstańców, w bardzo dobrym miejscu, tuż przy bazylice, ruch na tej ulicy zazwyczaj jest spory.
Moją uwagę od razu przyciągnęła ogromna witryna- przednia ściana to tylko szkło. Zawsze czyste! Starym zwyczajem wszystkie bezy są przygotowywane na tej właśnie witrynie, na oczach przechodnia. Podoba mi się to bardzo bardzo. Całość wygląda bardzo estetycznie, co też można zobaczyć na stronie internetowej.
Zaraz przed wejściem ustawionych jest parę stolików, co również jest dobrym rozwiązaniem. Jeżeli pogoda sprzyja, miło jest sobie usiąść z kawą i podziwiać Rybnik, w którym osobiście jestem zakochana i nawet jego szarobure części przygarnęłam do serduszka. Szaroburych części nie jest jednak zbyt wiele i z czystym sercem możemy polecić Rybnik jako urocze miasteczko warte odwiedzenia. Tak tak, znowu wciskamy Wam nasze rodzinne strony :D
Tak więc kawiarnia od strony ulicy wywiera dobre wrażenie. Czysto, odmalowane, witryna duża, pyszności zachęcają, logo jest widoczne, na szkle naklejony jest cennik. Czcionka ładna, stylizowana, a nie żadne tam Comic Sans Ms.(o zgrozo...)
Szybki rzut okiem na ten cennik. Tort 4-osobowy 8,90zł? Chyba nie jest źle. Ciekawe, jakiej wielkości...
Wchodzimy.

Wnętrze bardzo, bardzo ładne. Dopieszczone, konsekwentne, spójne, po prostu cieszy oko! Nie mam mu nic do zarzucenia. No i jest czyściutko, wręcz sterylnie czysto, a to jest ważne przy takiej ilości szkieł i odbijających światło materiałów. Szacunek. Jak dla mnie w środku jest nieco za mało miejsca, jednak wynika to z dostępności takiego, a nie innego lokalu. Zrekompensowano to minimalistycznym wystrojem i jasnymi barwami. Wnętrze może wydawać się nieco chłodne i surowe, jest jednak utrzymane w stylu nowoczesnej elegancji.
Och, i wiecie co? POMIESZCZENIE JEST KLIMATYZOWANE. Za każdym razem gdy odwiedzałam Gateau, było pieruńsko gorąco. Klimatyzacja u nich to wybawienie.
Od razu wita nas witryna z bezami. W różnych wariantach smakowych. Uroczo i kolorowo. Moja pierwsza myśl: 'Co? To jest torcik na 4 osoby? Jak w ogóle to podzielić na cztery części? Oj, cenią się, szkarady...'
Jakie było moje zdziwienie, gdy to, co wzięłam za 'torty', okazało się być...gigantycznymi bezami. Bezami-potworami. Za 3,90zł.
I wtedy oczy wyszły mi z orbit. TAKI potwór za niecałe 4zł? No...to rozumiem! Ale wciąż nie miałam ochoty na tę bezę....Do czasu. Do czasu, gdy kolega dał mi spróbować swojej. Od razu pofrunęłam do kasy.

Wybór, muszę przyznać, jest ogromny. Spróbuję wyrecytować z pamięci.... Kokosowy, orzechowy, waniliowy, truskawkowy, karmelowy, czekolada deserowa, czekolada mleczna, czekolada biała?, czekolady mieszane....Jeszcze jakieś żółte bezy były, pewnie waniliowe albo cytrynowe. Wybaczcie, zwyczajnie nie pamiętam. Ale każdy znajdzie coś dla siebie!
Ja wzięłam czekoladę deserową. A ja bezę karmelową :D Brakowało mi tylko rozpiski dostępnych wariantów. 
Jaka szkoda, że zdjęcie nie oddaje wielkości! Na ciacho składają się dwie bezy przełożone takim samym kremem, jakim na wierzchu. Krem, oczywiście- smakowy. Na wierzchu wiórki czekoladowe. W innych wersjach jest to np. kokos albo zmielone orzechy. I gwiazdeczka kremowa na wierzchu. Wielkość deseru można porównać do dwóch przeciętnych, kobiecych piąstek ułożonych jedna na drugiej.

Biorę pierwszy kęs i...Eksplozja cukru w ustach. Serio. Poziom słodkości aż uderzył mi do głowy. Taka beza aż się prosi o dobrą, mocną kawę! Sama beza- mistrzostwo. Zawsze kojarzyła mi się z czymś twardym, a ta była chrupiąca, a wewnątrz lekko ciągnąca się. Idealna.
Krem wyrazisty w smaku, zresztą, jak wszystkie tam serwowane. Nie czuć żadnej sztuczności, kojarzy mi się z najlepszymi czekoladami, jakie miałam okazję jeść.
Ze wstydem przyznam, że nie potrafiłam dokończyć bezy...Ilość słodkości mnie pokonała. Nie umniejsza to jednak jakości deseru, o nie. Po prostu ja, mała, nie zmieściłam tego nieba w swoim brzuszku.
Mnie udało się bez problemu, ale faktycznie, na kolejną bym się nie porwała...
Ucieszyłabym się, gdyby były wersje mini- zamiast dwóch bez, jedna. Ale-nie narzekam i często wracać tam będę. Szczególnie, gdy się trochę oziębi, na kawę...

Oprócz bez Gateau serwuje też tarty z owocami. Nie jadłam jeszcze, ale się przymierzam. Z napoi- kawa z ekspresu w wielu rodzajach oraz herbata. Czyli menu krótkie, ale konsekwentne. Niczego więcej nam tam nie potrzeba.
Wielokrotnie widziałam miejsca, w których usiłowano zadowolić każdego, a menu ciągnęło się na kilkanaście stron... W tym przypadku można skupić się zarówno na ilości, jak i jakości serwowanych deserów. W Gateau menu i elegancki wystrój ładnie ze sobą współgrają.

Jeśli chodzi o obsługę, w zasadzie nie mogę nic powiedzieć. Gdy spytałam o warianty smakowe, jedna z pań udzieliła mi informacji, której potrzebowałam. Zadała też standardowe pytanie "na miejscu, czy na wynos?". Zwroty grzecznościowe były, jednak dopiero w odpowiedzi na nasze "Dzień dobry", "Dziękuję", "Do widzenia". Nie oczekuję od pracowników sklepów, czy kawiarni ukłonów i zdaję sobie sprawę, że praca wśród ludzi wymaga ogromnych pokładów cierpliwości. Jednak wystarczy uśmiech, żeby klient poczuł się w danym miejscu ugoszczony. Trochę zabrakło mi zwykłego ludzkiego ciepła.

Właśnie! Możemy bezy wziąć na wynos w przygotowanym do tego wymiarowo pudełeczku. Możemy też wziąć wizytówkę z lady i zadzwonić, zamówić tort na dany dzień. To się ceni.
Po więcej zdjęć zapraszam TU. Zdjęcia są perfekcyjnie, przyjemnie się ogląda, polecam c:


Z wiadomości parafialnych: jutro post z powrotem do dzieciństwa. Słodyczami. Domyślacie się, o co chodzi? Strzelajcie.
Na dniach także kolejny post z serii 'Cuda za grosze', oraz specjał lumpeksowy.
+ z boku nieśmiało zerka niedopracowany jeszcze odnośnik na bloglovin, który muszę do końca ogarnąć. Dużo z was zaczęło korzystać właśnie z niego, więć zapraszam.

sobota, 13 lipca 2013

Kawa mrożona w McDonald's- brzydko sobie pogrywasz, stary makdonaldzie!

Wczoraj postanowiłam uhonorować się mini-zakupami w Rybniku. Niestety, po raz pierwszy wyszłam z lumpeksu praktycznie z niczym- portfel, dziwna obrusochusta i apaszka- więc skierowałam się do pobliskiego maka z zamiarem wypełnienia żołądka czymś zadowalającym (*offtop* Ostatnio mało gubię kasy na żarcie i kosmetyki, ale kupuję ogromne ilości ciuchów. Naprawdę ogromne. Szafa mi się nie domyka. Oczywiście wszystkie wygrzebuję z lumpeksów...Jeśli chcecie, to na dowód mojego braku mózgu mogę zrobić jakiegoś posta z moimi cudami. So call me, maybe.*/offtop*)
No i poszłam. Poszłam i patrzę- desery kawowe! Serce roście. Do wyboru: kawa z lodami, 5,90 (meh), shake z kawą, 6,50 (wygląda na ten największy, na dole jest kawa, reszta to zwykły shake) oraz kawa mrożona, zwykła i karmelowa, za 6,50.
Na blacie przyuważyłam syropy, których używa się w Cafe Piątka. 'To nie może nie być dobre!'-pomyślałam i z drobnymi w piąstce pofrunęłam do wdzięcznej pani kasjerki.
Na języku już miałam smak tego syropu karmelowego. Tym bardziej, że na zewnątrz nagle z burzy zrobiło się jakieś 30 stopni...
Zaciekawiona, obserwowałam przygotowanie mojej kawy. No i tu się zaczął mój rage...
Pani sięgnęła po najmniejszy kubeczek, jaki widziałam w maku. No, może trochę mniejsze są tylko kubeczki na pomidory i owocogurty. Ale tylko trochę. 'Obyś to napełniła do pełna'-złorzeczę już całemu personelowi, bijąc się z myślami, czy by jednak nie odwołać zamówienia albo nie uciec. Ale czekam.
Pani nalała tyci kawy do tyci kubeczka. Pan kropnął syropem. Ktoś biegł na zaplecze po mleko(takie Mleko Prawdziwe z Mlekovity, 3,2%, zaskoczyli mnie), dolał tak, żeby się zabarwiło, a na koniec sypnęli mi tam lodu, by poziom kawy sięgnął linii. Nawet nie sięgnął.
Ja, biedna, wzięłam tę nieszczęsną kawę i pognałam na przystanek. Do autobusu minuta. Zmagam się z myślami. Oby była tego warta... Ciągnę łyk.
Gdzie karmel? Gdzie kawa? GDZIE SMAK?
A, smak jest na dole, pod tą warstwą lodu. Jak na Antarktydzie.
Okej, kawa znośna. Słodka tylko dzięki karmelowi. Siorb jeden, drugi, trzeci....Przy czwartym w słomce utknął mi kawałek lodu. Zerkam do kubka.
Koniec kawy.
A autobus jeszcze nie przyjechał.
PORAŻKA, MAC DONALDZIE.
Rozumiem, że zawsze zawyża się ceny, ale żeby AŻ TAK? Srsly, ile to może kosztować?
Za tę cenę mogłam mieć pełnowymiarowego shake'a...Albo zwykłego za 4 pieniądze z bonifikarty.... Żal moje serduszko ściskał, a złość szamotała się w głowie.
Żółta kartka dla maka. A spróbuj mi jeszcze czymś podpaść, łobuzie!
A oto kawa-gigant. Przechylona i NIEUPITA. Poziom sięgał gdzieś do połowy literki 'M'.


poniedziałek, 1 lipca 2013

Wielki przegląd kaw mrożonych!

CZEŚĆ CZEŚĆ MÓZGI!
Tutaj Dobi. Wakacyjna Dobi.
Ach, słodkie dwa miesiące produktywnego wolnego, witajcie.
1 lipca, zaczynam notkami! A co! Specjalnie dla was nie ruszę się dziś z domu, pracując nad blogiem. Buzi :*

Upały, jak już wiecie, znoszę kiepsko. Przekłada się to również na żywność- jem mniej, lżej, same warzywa i owoce, głównie na zimno. No i oczywiście dużo płynów.
A czasem chce się czegoś słodkiego. A czekolada za ciężka na upały. Więc biegnę po kawę mrożoną.
Zdarzało się to o tyle często, że nazbierało mi się materiału na osobną notkę...
Zapraszam do świata mrożonych kaw.


1.Bakoma, Satino Coffee Latte, 2,70
Rodzima firma wypuściła swoją wersję mrożonej kawy w opakowaniu które zazwyczaj kojarzy się z pitnymi jogurtami. Temu się obawiałam po nie sięgać. I troszku słusznie...
TO JEST DIABLO SŁODKIE. Najsłodsza kawa, jaką piłam. Ale to już kij ze słodkością... Smakuje jak rozpuszczone lody. Znaczy się, dużo czuć tam śmietanki. Mojej koleżance posmakowało, gdyż nie przepada za bardzo za smakiem kawy- a tutaj właśnie na pierwszy plan wysuwają się nuty mleczne.
Także jeśli lubicie mleczno-słodkie smaki, to śmiało. Reszcie odradzam, można się trochę przesłodzić.
Ale! Piłam wersję Esspresso Bakomy, i była minimalnie mniej słodka i bardziej kawowa. W osobistym rankingu wersji Latte daję 5/10, a Esspresso- 6/10.







2. Amorres, Macchiato, Biedronka, 2,40 

Ten uroczy kubeczek uratował mnie przed śmiercią słoneczną, gdy pewnego czterdziestostopniowego dnia moja stara, zdezelowana, pełna spalin i patoli w środku dwójeczka postanowiła zepsuć się w miejscu które nazwałam 'in the middle of nowhere'. Ale jak wiadomo, w Polsce biedronki i Biedronki są plagą. Wstąpiłam do tego klimatyzowanego raju, przybytku konsumpcji, krainy lodówek i zamrażarek. Kawa uśmiechnęła się zachęcająco. A może to tylko halucynacje z niedożywienia...
Wzięłam, kupiłam, otworzyłam, pociągnęłam łyk.
Nie wiem, czy to, że było mi tak słabo i gorąco, sprawiło, że kawa jest ambrozją. Cudownie czekoladowa, idealnie mleczna i słodka. No wiecie, tak, że wchodząc do kolejnego autobusu miałam ochotę głosić dobrą nowinę wśród znajomych (których niestety tam nie było).
Na potwierdzenie pierwszego wrażenia wzięłam ją raz drugi. A potem drugi,trzeci i siódmy, w różnych smakach (Esspresso, Latte, Cappuccino). Każda wersja daje tak samo radę, a różnice w rodzajach są wyczuwalne. Jak zwykle, biedronkowe twory najlepsze...
Oceniam całą serię na 10. Albo na nieskończoność.

3.Kawa mrożona Opti Life, Łowicz, 2,40
Po tę kawę sięgam najczęściej, gdyż będąc w biegu, mogę ją najszybciej dostać. Poza tym, kawa ma aż 500ml! Reszta kaw mrożonych dostępnych u nas ma tylko 200ml. Jest dużo lżejsza, bardziej mleczna, nie tak bardzo kawowa. Idealna na popijanie w trakcie dnia, więc często ją pijam. 'Minusem' może być opakowanie- dokładnie takie, w jakich produkuje się śmietankę do kawy... Ludzie na ulicy patrzą na mnie jak na wariata.
Trzy razy na tak, oceniam 9/10. -1 za słodkość, no i czasem życzyłabym sobie wyraźniejszego posmaku kawy.







4.Eiskaffe, Hochwald, 3,90
Zdjęcie zajumałam Google.
Nietypowa kawa, bowiem zamknięta w puszcze. Podejrzanie coś wyglądała, a wzięłam ją tylko temu, że była jedyną w sklepie, a przerwa się kończyłam nieubłagalnie. Cena też taka nieprzyjazna...
Smak, hm...Wiecie, ona jest dziwnie słonawa. Tak chemicznie trochu. Nie jest zła na początku, a potem w ustach zostaje taki właśnie posmak chemii. Słonawy. No gdzie, gdzie sól do kawy, panie?
4/10. Za stosunek cena-jakość, cena-ilość i marka-smak. Bo co jak co, ale Niemce to raczej jedzonko dobre robią,a tu takie kuku.






5.Ice Coffee, Kruger, 0,45 zł
Kawa różni się tym, że jest w proszku. I zalewamy sobie ją zimnym mlekiem. Więc nie można jej sobie kupić w biegu, będąc spragnionym. Jednak niewątpliwym plusem jest to, że w zależności od upodobań sami możemy kontrolować stosunek kawa-mleko. Lubię to. Poza tym, kawa ma świetny smak. No kawowy, no. I nie jest aż tak słodka. Występuje jeszcze w wersji Latte, ale będąc szczerą- nie czuję różnicy.
I TA CENA, LUDZIE, CENA
Solidne 9/10.




6. Krusher Caffe Latte, 3.90/6.90, KFC.
Odpowniednio 180ml i 310ml. Czyli deczko drogo...
Ale oprócz kawy mrożonej znajdziemy tam duuuuuuuużo lodu i przepyszne ciasteczka do chrupania! Słowo daję, za te ciasteczka to mogę zabić. Chrupiące, nierozmiękłe, smakują jak słodkie herbatniki. Idealnie się wpasowują do reszty. Lodu tyle, że błyskawicznie się ochłodzimy i ugasimy pragnienie kawy. Plus za to, że nie wykręca twarzy od cukru. Ale tylko za te ciasteczka daję ocenę 7/10. Cena i ilość zdecydowanie na minus.


No, to mam za sobą kawy mrożone. Nie próbowałam jedynie dwóch, które zawsze łypią za mną z półki w Almie, ale...Cholera, drogie to. Nie wiem, czy chcę ryzykować. Ale jak tylko to zrobię- dam wam znać!