poniedziałek, 23 września 2013

Galaxy Frothy Top Hot Chocolate

Hey hey hey. 

Wakacje się kończą i nadchodzi jesień, ja powoli zakotwiczam w domu po polskich i zagranicznych wojażach i przychodzę do was... z gorącą czekoladą.  Tak.  Znowu szamanko. 

Znacie czekoladę Galaxy? Moim zdaniem jedną z najlepszych czekolad tego świata. Z tego co wiem, w Polsce kiepsko z jej dostępnością, poza batonikiem Dove (polecampolecam), więc nawiozłam sobie jej zapas z Irlandii. Skusiłam się również na gorącą czekoladę z tejże firmy. Czy słusznie?

Może, zanim przejdziecie do właściwej części posta, powinnam zaznaczyć, że należy wziąć poprawkę na moją opinię, gdyż jestem osobą, która generalnie przepada za kakao czy gorącą czekoladą. Miejcie to na uwadze!



Aby zrobić to cudo, z pienistą górą, powinniśmy wsypac do kubka cztery łyżeczki proszku i zalać go - w zależności od tego jaki smak chcemy uzyskać - gorącą wodą lub mlekiem (albo też wodą i mlekiem). Ja wybrałam mleko (które mi wykipiało w pewnym momencie, och ja).



Po zalaniu proszku mlekiem usłyszałam dziwny, strzelający dźwięk, przypominający landrynki wrzucane do herbaty (funfunfun). Po długim mieszaniu otrzymałam dosyć jasny napój, z milusią pianką u góry. Lubię pianki.



Generalnie jestem zadowolona. Czekolada ma smak zbliżony do tej w tabliczkach (ale następnym razem dodam pięć łyżeczek na kubek, bo z czterech wyszła trochę za delikatna), jest odpowiednio słodka (dla normalnych ludzi, ja jestem nienormalna jeśli idzie o cukier i po kilku pierwszych łykach wwaliłam tam dwie duże łyżeczki cukru). Pianka to też fajny motyw.

Czekolada smaczna i dobra na zimowe i jesienne wieczory, ale nie będę płakać że nie można jej u nas kupić czy pisać petycji o wprowadzenie jej do Polszy. Dobra, ale bez zbędnego szału. Polecam miłośnikom Galaxy, pękających landrynek i pianki.

sobota, 24 sierpnia 2013

Schogetten in love with... Froop

Taka leniwa sobota, wiecie, ledwo wstajecie z łóżka, wpieprzacie owsiankę, idziecie spać dalej, wstajecie, jecie obiad i myślicie... że fajnie by było wszamać coś słodkiego. Moja mama nadal myśli, że nigdy nie natrafiłam na jej schowek ze słodyczami i że wyjada je tata... naiwna. Dzisiaj otwieram sobie wspomnianą wyżej szafkę, a tam Schogetten.  Dostałam ślinotoku. Spojrzałam na opakowanie. Ślinotok się wzmógł.

W moim domu był okres nieopanowanego wpieprzania Froopów. Ja kochałam cytrynę, reszta domowników też miała ulubione smaki. Potem mi przeszło na rzecz jogurtu bodajże z Mullera (jogurt grecki i morela z miodem czy coś). Ale tego spróbować musiałam.



Czekolada ma 150g, czyli z tego co pamiętam trochę więcej niż "standardowe" Schogetteny. Połowę więcej.  Dobrze. Bardzo dobrze. Pakowana tak jak cała reszta, czyli tak jak uwielbiam - te charakterystyczne, oddzielne kostki. Wygodne opakowanie. Lubię.

Na początek wsadziłam całą czekoladkę do ust i rozgryzłam. Myślałam, że czekolada zabije smak nadzienia, ale za chwilę nadzienie dało o sobie znać.  Mango marakuja to smak z lekka kwaśny, przełamywany słodyczą czekolady, naprawdę ciekawy i powiedziałabym, że idealny na lato. Jednak o ile jest to serio dosyć niespotykany smak, o tyle truskawka... powiedzmy że można to spokojnie porównać do truskawkowego Wedla albo Alpen Gold (nie zrozumcie mnie źle - lubię te czekolady, ale spodziewałam się, o ja naiwna, jakiegoś z lekka chociaż innego smaku).  Marakuję kupię z chęcią jeszcze raz (myślę, że przez ostatni miesiąc wakacji może się stać dla mnie ulubionym, letnim smakiem czekolady). Truskawkę sobie odpuszczę, mama coś wspominała, że widziała jeszcze malinę - spróbuję. Bardo podoba mi się konsystencja nadzienia - "zwięzły" dół i dosyć sporo lejącej galaretki. Po początkowym wrzucaniu do ust w całości (jakbym w życiu czekolady nie jadła) zaczęłam się bawić w różne rozgryzanie, fun fun fun.

Niestety, mój aparat odmówił posłuszeństwa (tak serio to zgubiłam ładowarkę) i zdążyłam cyknąć tylko te dwie fotki na górze, więc wstawię wam jakieś zdjęcie z internetów. Podkreślam, zdjęcie poniżej - nie moje, coby potem nie było.

CandyBrain(DE) - http://www.flickr.com/photos/candyholics/8661372304/

wtorek, 30 lipca 2013

Trochę niezbyt fajowy post

Cześka, Mózgowicze!
Przepraszam was za kolejny zastój w notkach...Wynikał on z ogólnego mojego zabiegania i gdy już miało wrócić to wrócić do normy, cóż... Aktualnie piszę do was ze szpitalnego 'łoża'. Wychodzę podobno 7 sierpnia. Jeżeli nie dostanę innego źródła internetu niż telefon, notek nie będzie :c
Miałam w planach także kolejny filmik, ale cóż... Nagram go po powrocie. I dziękuję wam baaaardzo za to, jak go przyjęliście. Serio. To jakieś mniej niż 300 wyświetleń i 10 subskrypcji, ale zrobiły mi dzień.
Także do usłyszenia!
+ czy ktoś ma ochotę na odrobinę nostalgii? Słowo daję, jak w barach mlecznych! klik

niedziela, 21 lipca 2013

Nestle Pirulo Watermelon

Priwjet!

Dawno mnie tu nie było, oj dawno. Stwierdziłam jednak, że nie godzi się, żeby Dobi była jedyną osobą, która trzyma tego bloga przy życiu i postanowiłam spiąć tyłek i coś napisać.

 Napiszę wam dziś o lodach. Temat dla mnie bardzo na czasie, bo wczoraj została mi podstępem wyrwana ósemka (dosłownie, wiecie "tylko tu sprawdzę stan zębów, pani Halinko proszę podać szczypce, szybko, szybko!" i człowiek nie ma szans na ucieczkę). Żeby nie spuchnąć wpieprzam wiele lodów (nie wiem czy to działa, ale jak wycinali mi jakąś kość z dziąsła to działało, poza tym każdy powód jest dobry aby nawpieprzać się lodów). Jadłam dużo, ale napiszę o jednych, żeby nie było za wiele dobrego na jeden raz.

TARARARAM, przed państwem - Nestle Pirulo Watermelon. 


Jestem wzrokowcem i lubię wszystko co ładnie wygląda (np. obsesyjnie kupuję różne dziwne rzeczy w puszkach, pod warunkiem, że puszka ładnie wygląda) i nietrudno domyślić się co zwróciło moją uwagę w tych lodach. NO CZY ONE NIE SĄ ŚLICZNE!?



Lody (a raczej  ich czerwona część) mają smak arbuza (co za niespodzianka), za to zielona skórka to zielone jabłuszko. To coś brązowe to jakieś dropsy, ale dla mnie to totalne nieporozumienie i jestem w stanie wybaczyć ich obecność tylko temu, że nieźle wyglądają (ale nie zjadam ich, jakaś dziwna ta czekolada, więc wydłubuję). Smak arbuza dosyć sztuczny, smakuje jak większość rzeczy na rynku, które mają smak arbuza (najbardziej mi się kojarzy z gumą do żucia), za to jestem fanką tego zielonego na dole, jest pyszne.

Mimo to lody dobrze orzeźwiają i są niezłe na gorący dzień. Ja jem ich dużo, bo ładnie wyglądają (podejrzewam, że gdyby kupa ładnie wyglądała to też bym to zjadła), chociaż obiektywnie stwierdzam, że spodziewałam się czegoś lepszego. Ale ile ludzi, tyle opinii - moja mama jest nimi zachwycona i twierdzi, że dawno nie jadła lepszych. Tylko czekoladowe kulki mogliby usunąć.

Jeden lód ma 73ml, a w tym 62 kcal (osobiście nie liczę kalorii, ale jak ktoś lubi to proszę bardzo), koszt to plus/minus 2zł.

środa, 17 lipca 2013

Lumpeksy- co, jak, gdzie, jak się nie dać zabić? +filmik z ciuchami!

Hai!
Jak wspominałam ostatnio, większość mojego skromnego majątku marnotrawię w lumpeksach. Stwierdzenie, że zgubiłam w nich mózg, jest więcej niż trafne. Pewnie kiedyś znajdę go gdzieś pomiędzy wieszakami na przecenie.
Dzisiejszy post chciałam więc poświęcić tematyce kupowania w second handach.

Pomimo całkiem sporej ilości ludzi w tych przybytkach dobroci, zakupy w lumpeksach wciąż są mało popularne. Mało popularne wśród młodych ludzi przynajmniej. Głównymi bywalcami lumpeksów są zwykle starsze panie i zabiegane matki.
Zauważyłam dziwną właściwość: ludzie, mając do wyboru rzecz dobrą jakościowo, niezniszczoną, często markową, a spraną, zniszczoną- nazwijmy rzecz po imieniu- szmatę, ładują do koszyka to drugie. Jest to dla mnie szalenie, szalenie niezrozumiałe. Zwłaszcza, że te lepsze rzeczy nieraz wychodzą taniej...
No cóż. Więcej zostaje dla mnie!
No właśnie... Więcej, to pojęcie względne.

Gdy już znajdziemy w swojej okolicy lumpeks, musimy się uzbroić w parę rzeczy.
Cierpliwość.
Zaciekłość do walki.
Zimna krew.

Brzmi strasznie :>
Cierpliwość. Najważniejsza. Przygotujmy się na mozolne przeszukiwanie wszystkiego, każdego wieszaka, każdego kosza. Nigdy nie wiadomo, gdzie leży nasze marzenie- a prawdziwe perełki często leżą zapomniane, pod stertą ciuchów.
Bywa też tak, że wychodzi się z pustymi rękami. Na szczęście zdarzyło mi się to ze dwa razy. Nic tak nie demotywuje jak godzina spędzona w lumpeksie i niezmieniony stan portfela. Ale nic straconego! Pamiętajmy, że zazwyczaj dostawa jest raz w tygodniu. Dopytajmy pani na kasie, kiedy najlepiej przychodzić.

Zaciekłość...I szybkość. Parę razy boleśnie musiałam pożegnać się z pięknymi rzeczami z własnej głupoty. Bałam się podejść do pani obok mojej pięknej rzeczy, no bo jak to tak, wtryniać się...Więc kręciłam się obok, czekając. Na moje nieszczęście pani wrzuciła tę rzecz do koszyka. Ach, wciąż tęsknię za tamtym żakietem....
Także pamiętajcie- podoba wam się coś, wygląda, że w miarę dobre- od razu bierzcie. Potem macie czas na selekcję.

Zimna krew- to jest coś, czego nie potrafię wciąż nabyć... Bez granic zakochuję się w rzeczy na wieszaku, wygląda na mój rozmiar, wrzucam do koszyka, chodzę cała w skowronkach...Po czym idę do przymierzalni i okazuje się, że rzecz totalnie na mnie nie leży. Albo jest nie do przerobienia. Po cichu chlipiąc, spędzam w przymierzalni sporo czasu, próbując jakoś udobsonować ubranie. Ale koniec końców, muszę się z nim pożegnać...
Także...nie nastawiajcie się, jeżeli jesteście jak ja. To boli :c

I...To właściwie tyle, co miałabym do przekazania początkującym osobom. Trochę już czasu w tym siedzę, kupiłam naprawdę spoooro rzeczy. Nie tylko dla siebie, nie tylko ubrania. Ostatnio na przykład kupiłam uroczy portfel i obrus. (ale przepiękny!) Bywają też lumpeksy,  których są sprzęty, meble, zabawki... Istny skarbiec cudów.
Kupuję tak właściwie mało. Z całego lumpeksu niekiedy wybiorę cztery rzeczy, wyjdę z jedną- albo trudno mi dogodzić, albo wszystko jest cholernie za duże. Niestety, to mój główny ból- widzę przepiękne, przepiękne ubrania, które są w tak szalonych rozmiarach, że przerobienie ich nie wchodzi nawet w grę. Chyba, że chcę zepsuć cały krój. No cóż. Moja mama z kolei była ze mną dwa razy i za każdym razem wyszła z pełnym worem ubrań, całkowicie ze wszystkich zadowolona.
Tak samo ma moja babcia(tak, moja babcia tez uwielbia lumpeksy!). Wychodzi z wieloma rzeczami, podczas gdy ja wychodzę z nosem na kwintę. Ale trzeba jej przyznać, że nosa ma i przynosi mi cudowne perełki(które oczywiście mi nie leżą...)

No, to ten, żeby nie było nudno, postanowiłam zrobić filmik z moimi ubraniami. Nie powala on jakością, ale wciąż jestem cholernie dumna, że mi się udało ogarnąć nagrywanie telefonem (!) i sklecenie tego w edytorze. Także no, weźcie na to poprawki podczas oglądania, to mój pierwszy filmik, przed nim nawet z movie makerem byłam na bakier :c
TAKŻE TUTAJ TUTAJ FILM OBEJRZYJ SOBIE NA JUTUBE A CO


edit: jak mogłam zapomnieć! Dwie rzeczy nie pojawiły się w filmiku: suknia i beatlesowa koszulka. Głupi blogger nie chce załadować mi zdjęć, więc jeśli macie ochotę zerknąć: odsyłam was tu.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Milky Way Magic Stars

Cześć, mózgowicze!
Spytam krótko: lubicie pielęgnować swoje wewnętrzne dziecko? Ja bardzo lubię, pokuszę się o stwierdzenie, że jest to moje główne zajęcie na co dzień. Czy może być coś milszego od pozostawienia w sobie tych cech dziecka, które nigdy nie zrobią z nas nudnych, szarych i poważnych dorosłych?
Koniec pseudofilozoficznego wstępu. Do konkretów!
Dzięki mojej superuberhipermegawielkiejnajwiększejnafajniejszej przyjaciółce miałam okazję przypomnieć sobie jeden z nielicznych smaków dzieciństwa, którego nie odnowiłam w późniejszych latach. Z prostej przyczyny- paskudy przestały je sprzedawać w Polsce. A mowa o obrośniętych już legendą, gwiazdeczek Milky Way Magic Stars!
Ach, jak ja je kochałam układać za dzieciaka! W ogóle lubiłam układać cokolwiek, no ale... Mając całą paczkę, mogłam się popisać.
(sorcia, zdjęcie z instagrama, oryginał mi zaginął. JESTEM ARTYSTOM)
Dwie małe paczuszki szczęścia. Trzymałam je parę dni na biurku, z obawami. A co, jak nie będą tak smaczne? A co, jak przereklamowane? A co, jak tego nie warte?...
W końcu otworzyłam.
Starym zwyczajem podzieliłam gwiazdeczki, patrząc na ich minki i trochę się nimi pobawiłam.

Najbardziej lubiłam cwaniaka w okularach, a z tej gwiazdki na dole reszta się śmiała, bo miała smoczek...
Okej, dosyć tych zabaw. Don't judge me ;_;

Po kilku chwilach rozrzewienia wzięłam pięć na raz do ust. A co! Jak wspominać, to grubym kalibrem!
EKSPLOZJA.
Tak, obrośnięte legendą gwiazdeczki zdecydowanie na to zasługują. Czekolada taka, jak ma być. Pięknie się rozpuszcza na języku, bardzo szybko, co bardzo lubię. No kurczę, to jest to! To jest dokładnie to !
Wzięłam kolejną. Pora sprawdzić, czy konsystencja ta sama....Przegryzam. Tak, taka sama, charakterystyczna, momentami zęby wchodzą jak w masło, momentami....no....jak nie w masło.
Chciałam zostawić sobie na potem, naprawdę, ale nie dałam rady. Za pyszne.
Smak? Z pewnością mogę stwierdzić, że to bardziej gęsta czekolada, która pokrywa batoniki Milky Way. Lepsza, bo twardsza i bez tego obrzydliwie słodkiego białeego czegoś, co jest batoniku.
NO I TE GWIAZDKI MAJĄ MINKI
I W OGÓLE

Niektórzy nie uważają gwiazdek za nic specjalnego. Możę nie patrzę obiektywnie. Ale co z tego? Nikt mi nie odbierze tej radochy ze spróbowania ich ponownie. I tego smaku, też nie. Dobi jest na 3X TAK, i żąda wprowadzenia produktu na nasze półki. Natychmiast.

niedziela, 14 lipca 2013

Miejsca, w których zgubiłam mózg- Gateau!

Cześć! Ta seria coś nam wolno idzie, ale cóż- mało mamy takich miejsc. A przynajmniej ja, w Rybniku. Chociaż muszę miasto ostatnio pochwalić, bo jeżeli chodzi o pojawianie się nowych, ciekawych miejsc, to Rybnik zasługuje co najmniej na skubichrupkę.
Jak w poprzednim poście, dla ułatwienia dwa kolory. (Marchew, na zielono)
Podczas naszego ostatniego spotkania, ja i Marchew postanowiłyśmy się wybrać do miejsca, na które czaiłam się już od zapowiedzi. Kawiarenka francuska? Me want!
Za pierwszym razem wybrałam się tam z kolegami. Jeden z nich tworzył peany na cześć tamtejszych bez. 'Co jeszcze mogę tam wszamać?'-spytałam, zachęcona pochwałami. 'No, bezy.' 

Tak, Gateau oferuje tylko bezy.
'Bezy? Fuu'-pomyślałam wtedy, gdyż głęboko w środku miałam zakorzenione przekonanie, iż bezy są pioruńsko słodkie, twarde i stracę szczękę, jeżeli ich spróbuję. Ale co mi tam, idę dla towarzystwa.
Doszliśmy na miejsce. Gateau jest położone na ulicy Powstańców, w bardzo dobrym miejscu, tuż przy bazylice, ruch na tej ulicy zazwyczaj jest spory.
Moją uwagę od razu przyciągnęła ogromna witryna- przednia ściana to tylko szkło. Zawsze czyste! Starym zwyczajem wszystkie bezy są przygotowywane na tej właśnie witrynie, na oczach przechodnia. Podoba mi się to bardzo bardzo. Całość wygląda bardzo estetycznie, co też można zobaczyć na stronie internetowej.
Zaraz przed wejściem ustawionych jest parę stolików, co również jest dobrym rozwiązaniem. Jeżeli pogoda sprzyja, miło jest sobie usiąść z kawą i podziwiać Rybnik, w którym osobiście jestem zakochana i nawet jego szarobure części przygarnęłam do serduszka. Szaroburych części nie jest jednak zbyt wiele i z czystym sercem możemy polecić Rybnik jako urocze miasteczko warte odwiedzenia. Tak tak, znowu wciskamy Wam nasze rodzinne strony :D
Tak więc kawiarnia od strony ulicy wywiera dobre wrażenie. Czysto, odmalowane, witryna duża, pyszności zachęcają, logo jest widoczne, na szkle naklejony jest cennik. Czcionka ładna, stylizowana, a nie żadne tam Comic Sans Ms.(o zgrozo...)
Szybki rzut okiem na ten cennik. Tort 4-osobowy 8,90zł? Chyba nie jest źle. Ciekawe, jakiej wielkości...
Wchodzimy.

Wnętrze bardzo, bardzo ładne. Dopieszczone, konsekwentne, spójne, po prostu cieszy oko! Nie mam mu nic do zarzucenia. No i jest czyściutko, wręcz sterylnie czysto, a to jest ważne przy takiej ilości szkieł i odbijających światło materiałów. Szacunek. Jak dla mnie w środku jest nieco za mało miejsca, jednak wynika to z dostępności takiego, a nie innego lokalu. Zrekompensowano to minimalistycznym wystrojem i jasnymi barwami. Wnętrze może wydawać się nieco chłodne i surowe, jest jednak utrzymane w stylu nowoczesnej elegancji.
Och, i wiecie co? POMIESZCZENIE JEST KLIMATYZOWANE. Za każdym razem gdy odwiedzałam Gateau, było pieruńsko gorąco. Klimatyzacja u nich to wybawienie.
Od razu wita nas witryna z bezami. W różnych wariantach smakowych. Uroczo i kolorowo. Moja pierwsza myśl: 'Co? To jest torcik na 4 osoby? Jak w ogóle to podzielić na cztery części? Oj, cenią się, szkarady...'
Jakie było moje zdziwienie, gdy to, co wzięłam za 'torty', okazało się być...gigantycznymi bezami. Bezami-potworami. Za 3,90zł.
I wtedy oczy wyszły mi z orbit. TAKI potwór za niecałe 4zł? No...to rozumiem! Ale wciąż nie miałam ochoty na tę bezę....Do czasu. Do czasu, gdy kolega dał mi spróbować swojej. Od razu pofrunęłam do kasy.

Wybór, muszę przyznać, jest ogromny. Spróbuję wyrecytować z pamięci.... Kokosowy, orzechowy, waniliowy, truskawkowy, karmelowy, czekolada deserowa, czekolada mleczna, czekolada biała?, czekolady mieszane....Jeszcze jakieś żółte bezy były, pewnie waniliowe albo cytrynowe. Wybaczcie, zwyczajnie nie pamiętam. Ale każdy znajdzie coś dla siebie!
Ja wzięłam czekoladę deserową. A ja bezę karmelową :D Brakowało mi tylko rozpiski dostępnych wariantów. 
Jaka szkoda, że zdjęcie nie oddaje wielkości! Na ciacho składają się dwie bezy przełożone takim samym kremem, jakim na wierzchu. Krem, oczywiście- smakowy. Na wierzchu wiórki czekoladowe. W innych wersjach jest to np. kokos albo zmielone orzechy. I gwiazdeczka kremowa na wierzchu. Wielkość deseru można porównać do dwóch przeciętnych, kobiecych piąstek ułożonych jedna na drugiej.

Biorę pierwszy kęs i...Eksplozja cukru w ustach. Serio. Poziom słodkości aż uderzył mi do głowy. Taka beza aż się prosi o dobrą, mocną kawę! Sama beza- mistrzostwo. Zawsze kojarzyła mi się z czymś twardym, a ta była chrupiąca, a wewnątrz lekko ciągnąca się. Idealna.
Krem wyrazisty w smaku, zresztą, jak wszystkie tam serwowane. Nie czuć żadnej sztuczności, kojarzy mi się z najlepszymi czekoladami, jakie miałam okazję jeść.
Ze wstydem przyznam, że nie potrafiłam dokończyć bezy...Ilość słodkości mnie pokonała. Nie umniejsza to jednak jakości deseru, o nie. Po prostu ja, mała, nie zmieściłam tego nieba w swoim brzuszku.
Mnie udało się bez problemu, ale faktycznie, na kolejną bym się nie porwała...
Ucieszyłabym się, gdyby były wersje mini- zamiast dwóch bez, jedna. Ale-nie narzekam i często wracać tam będę. Szczególnie, gdy się trochę oziębi, na kawę...

Oprócz bez Gateau serwuje też tarty z owocami. Nie jadłam jeszcze, ale się przymierzam. Z napoi- kawa z ekspresu w wielu rodzajach oraz herbata. Czyli menu krótkie, ale konsekwentne. Niczego więcej nam tam nie potrzeba.
Wielokrotnie widziałam miejsca, w których usiłowano zadowolić każdego, a menu ciągnęło się na kilkanaście stron... W tym przypadku można skupić się zarówno na ilości, jak i jakości serwowanych deserów. W Gateau menu i elegancki wystrój ładnie ze sobą współgrają.

Jeśli chodzi o obsługę, w zasadzie nie mogę nic powiedzieć. Gdy spytałam o warianty smakowe, jedna z pań udzieliła mi informacji, której potrzebowałam. Zadała też standardowe pytanie "na miejscu, czy na wynos?". Zwroty grzecznościowe były, jednak dopiero w odpowiedzi na nasze "Dzień dobry", "Dziękuję", "Do widzenia". Nie oczekuję od pracowników sklepów, czy kawiarni ukłonów i zdaję sobie sprawę, że praca wśród ludzi wymaga ogromnych pokładów cierpliwości. Jednak wystarczy uśmiech, żeby klient poczuł się w danym miejscu ugoszczony. Trochę zabrakło mi zwykłego ludzkiego ciepła.

Właśnie! Możemy bezy wziąć na wynos w przygotowanym do tego wymiarowo pudełeczku. Możemy też wziąć wizytówkę z lady i zadzwonić, zamówić tort na dany dzień. To się ceni.
Po więcej zdjęć zapraszam TU. Zdjęcia są perfekcyjnie, przyjemnie się ogląda, polecam c:


Z wiadomości parafialnych: jutro post z powrotem do dzieciństwa. Słodyczami. Domyślacie się, o co chodzi? Strzelajcie.
Na dniach także kolejny post z serii 'Cuda za grosze', oraz specjał lumpeksowy.
+ z boku nieśmiało zerka niedopracowany jeszcze odnośnik na bloglovin, który muszę do końca ogarnąć. Dużo z was zaczęło korzystać właśnie z niego, więć zapraszam.

sobota, 13 lipca 2013

Kawa mrożona w McDonald's- brzydko sobie pogrywasz, stary makdonaldzie!

Wczoraj postanowiłam uhonorować się mini-zakupami w Rybniku. Niestety, po raz pierwszy wyszłam z lumpeksu praktycznie z niczym- portfel, dziwna obrusochusta i apaszka- więc skierowałam się do pobliskiego maka z zamiarem wypełnienia żołądka czymś zadowalającym (*offtop* Ostatnio mało gubię kasy na żarcie i kosmetyki, ale kupuję ogromne ilości ciuchów. Naprawdę ogromne. Szafa mi się nie domyka. Oczywiście wszystkie wygrzebuję z lumpeksów...Jeśli chcecie, to na dowód mojego braku mózgu mogę zrobić jakiegoś posta z moimi cudami. So call me, maybe.*/offtop*)
No i poszłam. Poszłam i patrzę- desery kawowe! Serce roście. Do wyboru: kawa z lodami, 5,90 (meh), shake z kawą, 6,50 (wygląda na ten największy, na dole jest kawa, reszta to zwykły shake) oraz kawa mrożona, zwykła i karmelowa, za 6,50.
Na blacie przyuważyłam syropy, których używa się w Cafe Piątka. 'To nie może nie być dobre!'-pomyślałam i z drobnymi w piąstce pofrunęłam do wdzięcznej pani kasjerki.
Na języku już miałam smak tego syropu karmelowego. Tym bardziej, że na zewnątrz nagle z burzy zrobiło się jakieś 30 stopni...
Zaciekawiona, obserwowałam przygotowanie mojej kawy. No i tu się zaczął mój rage...
Pani sięgnęła po najmniejszy kubeczek, jaki widziałam w maku. No, może trochę mniejsze są tylko kubeczki na pomidory i owocogurty. Ale tylko trochę. 'Obyś to napełniła do pełna'-złorzeczę już całemu personelowi, bijąc się z myślami, czy by jednak nie odwołać zamówienia albo nie uciec. Ale czekam.
Pani nalała tyci kawy do tyci kubeczka. Pan kropnął syropem. Ktoś biegł na zaplecze po mleko(takie Mleko Prawdziwe z Mlekovity, 3,2%, zaskoczyli mnie), dolał tak, żeby się zabarwiło, a na koniec sypnęli mi tam lodu, by poziom kawy sięgnął linii. Nawet nie sięgnął.
Ja, biedna, wzięłam tę nieszczęsną kawę i pognałam na przystanek. Do autobusu minuta. Zmagam się z myślami. Oby była tego warta... Ciągnę łyk.
Gdzie karmel? Gdzie kawa? GDZIE SMAK?
A, smak jest na dole, pod tą warstwą lodu. Jak na Antarktydzie.
Okej, kawa znośna. Słodka tylko dzięki karmelowi. Siorb jeden, drugi, trzeci....Przy czwartym w słomce utknął mi kawałek lodu. Zerkam do kubka.
Koniec kawy.
A autobus jeszcze nie przyjechał.
PORAŻKA, MAC DONALDZIE.
Rozumiem, że zawsze zawyża się ceny, ale żeby AŻ TAK? Srsly, ile to może kosztować?
Za tę cenę mogłam mieć pełnowymiarowego shake'a...Albo zwykłego za 4 pieniądze z bonifikarty.... Żal moje serduszko ściskał, a złość szamotała się w głowie.
Żółta kartka dla maka. A spróbuj mi jeszcze czymś podpaść, łobuzie!
A oto kawa-gigant. Przechylona i NIEUPITA. Poziom sięgał gdzieś do połowy literki 'M'.


poniedziałek, 1 lipca 2013

Wielki przegląd kaw mrożonych!

CZEŚĆ CZEŚĆ MÓZGI!
Tutaj Dobi. Wakacyjna Dobi.
Ach, słodkie dwa miesiące produktywnego wolnego, witajcie.
1 lipca, zaczynam notkami! A co! Specjalnie dla was nie ruszę się dziś z domu, pracując nad blogiem. Buzi :*

Upały, jak już wiecie, znoszę kiepsko. Przekłada się to również na żywność- jem mniej, lżej, same warzywa i owoce, głównie na zimno. No i oczywiście dużo płynów.
A czasem chce się czegoś słodkiego. A czekolada za ciężka na upały. Więc biegnę po kawę mrożoną.
Zdarzało się to o tyle często, że nazbierało mi się materiału na osobną notkę...
Zapraszam do świata mrożonych kaw.


1.Bakoma, Satino Coffee Latte, 2,70
Rodzima firma wypuściła swoją wersję mrożonej kawy w opakowaniu które zazwyczaj kojarzy się z pitnymi jogurtami. Temu się obawiałam po nie sięgać. I troszku słusznie...
TO JEST DIABLO SŁODKIE. Najsłodsza kawa, jaką piłam. Ale to już kij ze słodkością... Smakuje jak rozpuszczone lody. Znaczy się, dużo czuć tam śmietanki. Mojej koleżance posmakowało, gdyż nie przepada za bardzo za smakiem kawy- a tutaj właśnie na pierwszy plan wysuwają się nuty mleczne.
Także jeśli lubicie mleczno-słodkie smaki, to śmiało. Reszcie odradzam, można się trochę przesłodzić.
Ale! Piłam wersję Esspresso Bakomy, i była minimalnie mniej słodka i bardziej kawowa. W osobistym rankingu wersji Latte daję 5/10, a Esspresso- 6/10.







2. Amorres, Macchiato, Biedronka, 2,40 

Ten uroczy kubeczek uratował mnie przed śmiercią słoneczną, gdy pewnego czterdziestostopniowego dnia moja stara, zdezelowana, pełna spalin i patoli w środku dwójeczka postanowiła zepsuć się w miejscu które nazwałam 'in the middle of nowhere'. Ale jak wiadomo, w Polsce biedronki i Biedronki są plagą. Wstąpiłam do tego klimatyzowanego raju, przybytku konsumpcji, krainy lodówek i zamrażarek. Kawa uśmiechnęła się zachęcająco. A może to tylko halucynacje z niedożywienia...
Wzięłam, kupiłam, otworzyłam, pociągnęłam łyk.
Nie wiem, czy to, że było mi tak słabo i gorąco, sprawiło, że kawa jest ambrozją. Cudownie czekoladowa, idealnie mleczna i słodka. No wiecie, tak, że wchodząc do kolejnego autobusu miałam ochotę głosić dobrą nowinę wśród znajomych (których niestety tam nie było).
Na potwierdzenie pierwszego wrażenia wzięłam ją raz drugi. A potem drugi,trzeci i siódmy, w różnych smakach (Esspresso, Latte, Cappuccino). Każda wersja daje tak samo radę, a różnice w rodzajach są wyczuwalne. Jak zwykle, biedronkowe twory najlepsze...
Oceniam całą serię na 10. Albo na nieskończoność.

3.Kawa mrożona Opti Life, Łowicz, 2,40
Po tę kawę sięgam najczęściej, gdyż będąc w biegu, mogę ją najszybciej dostać. Poza tym, kawa ma aż 500ml! Reszta kaw mrożonych dostępnych u nas ma tylko 200ml. Jest dużo lżejsza, bardziej mleczna, nie tak bardzo kawowa. Idealna na popijanie w trakcie dnia, więc często ją pijam. 'Minusem' może być opakowanie- dokładnie takie, w jakich produkuje się śmietankę do kawy... Ludzie na ulicy patrzą na mnie jak na wariata.
Trzy razy na tak, oceniam 9/10. -1 za słodkość, no i czasem życzyłabym sobie wyraźniejszego posmaku kawy.







4.Eiskaffe, Hochwald, 3,90
Zdjęcie zajumałam Google.
Nietypowa kawa, bowiem zamknięta w puszcze. Podejrzanie coś wyglądała, a wzięłam ją tylko temu, że była jedyną w sklepie, a przerwa się kończyłam nieubłagalnie. Cena też taka nieprzyjazna...
Smak, hm...Wiecie, ona jest dziwnie słonawa. Tak chemicznie trochu. Nie jest zła na początku, a potem w ustach zostaje taki właśnie posmak chemii. Słonawy. No gdzie, gdzie sól do kawy, panie?
4/10. Za stosunek cena-jakość, cena-ilość i marka-smak. Bo co jak co, ale Niemce to raczej jedzonko dobre robią,a tu takie kuku.






5.Ice Coffee, Kruger, 0,45 zł
Kawa różni się tym, że jest w proszku. I zalewamy sobie ją zimnym mlekiem. Więc nie można jej sobie kupić w biegu, będąc spragnionym. Jednak niewątpliwym plusem jest to, że w zależności od upodobań sami możemy kontrolować stosunek kawa-mleko. Lubię to. Poza tym, kawa ma świetny smak. No kawowy, no. I nie jest aż tak słodka. Występuje jeszcze w wersji Latte, ale będąc szczerą- nie czuję różnicy.
I TA CENA, LUDZIE, CENA
Solidne 9/10.




6. Krusher Caffe Latte, 3.90/6.90, KFC.
Odpowniednio 180ml i 310ml. Czyli deczko drogo...
Ale oprócz kawy mrożonej znajdziemy tam duuuuuuuużo lodu i przepyszne ciasteczka do chrupania! Słowo daję, za te ciasteczka to mogę zabić. Chrupiące, nierozmiękłe, smakują jak słodkie herbatniki. Idealnie się wpasowują do reszty. Lodu tyle, że błyskawicznie się ochłodzimy i ugasimy pragnienie kawy. Plus za to, że nie wykręca twarzy od cukru. Ale tylko za te ciasteczka daję ocenę 7/10. Cena i ilość zdecydowanie na minus.


No, to mam za sobą kawy mrożone. Nie próbowałam jedynie dwóch, które zawsze łypią za mną z półki w Almie, ale...Cholera, drogie to. Nie wiem, czy chcę ryzykować. Ale jak tylko to zrobię- dam wam znać!

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Mózgowe sposoby na upał!

Ciepło.
Nie. Nie ciepło.
GORĄCO.
Może wiecie z poprzednich postów, jak bardzo nienawidzę takiej pogody. Nie...Inaczej. Dobrze, jak jest ciepło i słonecznie, ok. Ale...średnia akceptowalna pora na wyjście w moim przypadku zaczyna się po 18. A jeszcze cały dzień muszę zasuwać w szkole i w morderczych autobusach, słaniając się na nogach. Od razu zaznaczam, że moje nie-lubienie słońca to nie żadne widzimisięnarzekanie, tylko dość przykry mankament mojego życia. Na słońcu jest mi zwyczajnie słabo i choćbym nie wiem jak bardzo optymistycznie i z życiem wychodziła na pogodę powyżej 22 stopni, to i tak padnę po chwili.
Ale ale! Żyć trzeba, bo co! Wypracowałam sobie przez lata system słoneczno-obronny, dzięki któremu potrafię przetrwać dzień i teraz pragnę się z tym z wami podzielić. A nuż odkryjecie coś nowego...
1.WODA!
Brzmi oczywiście, prawda? Jednak dużo ludzi o niej zapomina. Wodę pić, oczywista, najlepiej 2 litry dziennie. W regularnych odstępach! Na początku trudno, ale po paru dni sięganie po wodę to odruch. Organizm lepiej zarządza naszą gospodarką wodną organizmu ( :D fajniuśkie stwierdzenie), lepiej więc nas schładza, a nas nie łapią suchoty. Nie wspominając o tym, że zapotrzebowanie na wodę podczas upału wzrasta.

2.Inne 'schładzaki'
Do wody do szkoły codziennie dodaję sobie listek siekanej mięty i plasterek cytryny. Orzeźwia to to, jak cholera! Jeżeli nie macie ogródkowej mięty, to skołujcie parę od kogoś, kto ma, i zasadźcie sobie na parapecie. Świetna sprawa. Uzależniłam się od niej, uwielbiam ją sobie także pogryzać.
Alternatywą jest napar z szałwii, który reguluje pocenie się, ochładza i orzeźwia. W tym wypadku napar najlepiej zrobić wieczorem i przelać sobie, rzecz jasna, rano.

3.Wachlarz.
Coś, co innym wydaje się głupie...Do czasu. Do czasu, gdy na zewnątrz upał i suchota, a wiatru znikąd. Wtedy wachlarz staje się rozchwytywany. Naprawdę polecam, szczególnie wtedy, gdy podróżujecie komunikacją miejską.Wachlarz taki sobie zwykły, drewniany, można dostać w pierwszym lepszym chińskim/kiosku/zabawkowym za parę złotych. A ratuje życie.

4.Kapelusz.
'W kapeluszu będzie ci jeszcze cieplej'-nieprawda. A może prawda. Mi nie było. Zapewnia głowie oraz włosom ochronę przeciwsłoneczną i zapobiega przegrzaniu się, a jak wiadomo, głowa najczulsza na takie paskudy jest! W sklepach roi się od kapelutków, nic tylko iść i kupić jakiś pasujący.

5.Włosy.
Z długimi i gęstymi włosami to dopiero problem, co? Rzeczą oczywistą jest spięcie ich wysoko. Najlepiej bez grzywki, chociaż ja, posiadaczka BARDZO wysokiego czoła, nie mogę sobie na to pozwolić...No...gdyby tak był teraz barok, to miałabym branie...Ale tak, to muszę się męczyć z grzywką, cóż.
Jeżeli wam pasuje, polecam zawiązanie chusty na głowie. A dokładniej- pod uszami i kokardka na czubku. Taki pin up. Wydawać by się mogło, że będzie za ciepło, ale w jakiś magiczny sposób chusta robi nam lepiej.

6.Ubiór...
Ja...Głupio mi, że to piszę. Ale naprawdę, jest MASA ludzi którzy przy 30 stopniach chodzą, a raczej- czołgają się- w swetrach, ciemnych, długich spodniach, chustach...LUDZIE, NIE. No posprawdzajcie sobie pogody. I wychodzę z założenia, że lepiej zmarznąć lekko rano podczas stania na przystanku, a potem mieć luz. Poza tym zabranie jakiejś narzutki czy sweterka nie kosztuje dużo.
Idiotyzmem jest też dla mnie przepisowa długość szortów i spódniczek w szkołach. No proszę was...Czasami jest po prostu ZA CIEPŁO. Na cokolwiek. Myślę, że liczba gwałtów nie wzrośnie przez nagły wysyp krótkich spodenek.

7.Rzeczy, które zawsze warto mieć ze sobą.
Wbrew pozorom da się to to wszystko brać codziennie do szkoły, bezproblemowo.
-dezodorant- bywa, że poczujemy się nieświeżo. Mocno. Wtedy szybko do łazienki, myjemy się trochu(o tym dalej), i używamy antyperspriantu. W sklepach są dostępne takie miniaturki podróżne, polecam mocno.
-'mokre' chusteczki- do takie właśnie szybkiego obmywania się(no przecież głupio tak przy wszystkich zacząć opłukiwać się w umywalce...). Tanie, w różnych wielkościach, a często ratują nam samopoczucie i wygląd. Dobre także do obmywania twarzy.
-mini-poprawiacz-makijażu- rozumiem, że jeżeli na co dzień nosicie więcej makijażu niż, dajmy na to, krem, to może być cięzko z takim zmywaniem się...Temu warto mieć cokolwiek. Ja używam jedynie kremu tonującego, więc łatwo mi go nosić i szybko się posmarować. Z drugiej strony noszenie więcej na twarzy w taką pogodę jest bardzo, ale to bardzo niemądrym pomysłem...
-mąka ziemniaczana/kukurydziana- hihi! Mam was. Mąka jest mym wybawieniem. Działa jako puder transparentny i przez pewien czas wchłania pot, który się podczas upałów wydala. A wtedy cierpi też moja grzywka, która lubi się robić tłusta. Wtedy-pac mąki na włosy-trzeputrzeputrzepu-wyczesujemy-grzywka świeża! Mąkę trzymam w malutkim, metalowym, okrągłym pojemniczku w kosmetyczce. Można też zakupić plastikowy pojemniczek w Rossmannie.
-woda brzozowa- jedyna na skórę głowy! Jeśli nie straszna wam alkoholowa wcierka, to polecam. Cudoooownie odświeża i wręcz...pobudza do życia po takim nałożeniu na głowę!
-mgiełka do ciała- taka sama funkcja jak wody brzozowej, ale na ciało. Odświeża i pobudza. Jeżeli akurat nie mam ulubionej w małej buteleczce, to sobie przelewam do starych ulubiony zapach. Niezastąpiona.

8.Okulary przeciwsłoneczne.
Zapomniałam o oczywistości, może dlatego, że w taką pogodę nie ściągam ich prawie wcale. Bez nich automatycznie dostaję ostrego bólu głowy.
Plus, fajnie wyglądają. Jestem w nich gwiazdą kina kroczącą przez Hollywood.
No i tyle, bo co więcej można o okularach? Są ważne, trzeba mieć, chronią oczy, kuniec.

Właściwie to chyba tyle. Wydaję się tego dużo, ale są to drobne czynności i drobiazgi ułatwiające życie. Nie jest to życie piękne, ale jednak! Jeżeli macie jeszcze jakieś patenty na upał, napiszcie mi w komentarzach. Chętnie poeksperymentuję.

sobota, 11 maja 2013

Nowość w KFC- Rocker


Oh hai!
Dawno nie było jedzeniowego posta, czyż nie? Ano to dlatego, że Dobi zmieniła dietę, która do tej pory opierała się na warzywach i cukrach, na bardziej białkową. No i nie je tak dużo śmieci na razie. To się szybko skończy, obiecuję :<
Jakiś czas temu KFC wypuściło nową kanapkę z rzędu tych 'biednyuczeń-friendly', czytaj-za cztery piniondze. Dobi oczywiście szybko wzięła pod pachę kolegę od testowania fastfoodowych nowości i podskoczyła do KFC, by rzucić się na tę szeroko reklamowaną nowość.
|
Po pierwsze- reklamy nie kłamią. Jak na kanapkę za tę cenę Rocker jest BARDZO DUŻY. Na tym zdjęciu próbowałam to uchwycić. Dzieje się to wszystko za sprawą nie bułki, acz mięsa. Solidny, gruby, soczysty kawał cycka kurczaka z Kentucky w słynnej panierce. Średnicowo bułka taka, jak w hamburgerach z maka.
No, to zajrzyjmy do środka.


Wspomniany okazały cycek spoczywa na keczupie. Jego okazałość przykryto dodatkowo sosem majonezowym?czosnkowym?Cholera wie, dobrym. Przyozdobiono dwoma piklami, a jakże. I wpakowano w bułkę.
Pora na ocenę smaku.
Kurczak wygrywa. Największa porcja mięcha w jakiejkolwiek innej kanapce w sieciowych fastfoodach za tę cenę. No i jest przepyszny.
Sosy....normalne. Nie przeszkadzają, są wyczuwalne, dobrze się komponują.
Od pikli nikt nie umarł. Od ich braku zapewne tak. Muszą być i są. I są dobre.
Bułka jest według mnie największym minusem. Jakaś...No kurde. Jakaś dziwnie pszenna ta bułka. Jakaś dziwna konsystencja. Jakaś...dziwna w środku. No zła nie jest, nie zatrujemy się, ale wybitnie to takich kanapek nie pasuje. KFC nie ma winnych kanapkach takich bułek, ta jest nowa i chyba imitować miała te z maka. Ale daleko, daleko jej do maka.
Mieszane uczucia mam. Zawiodłam się trochę. Rocker jest reklamowany jako 'rockowa' kanapka, z wielką pompą. Spodziewałam się ostrego sosu, wyrazistszych smaków i czegoś....ciekawego.
Co nie zmienia faktu, że kanapka nie jest zła. Można wrzucić na ząb. Jednakże mając w kieszeni kupon na dwa czizy za pięć piniondzów, lecę do maka. Nawet nie mając tego kuponu w kieszeni, wyskubuję dodatkowe 1,50 i idę do maka po zestaw 2forU z Chikkerem, który podbił moje serce i jest ideałem za tę cenę.
Czy warto? Spróbować warto. Może komuś zasmakuje na tyle, że wstępował będzie częściej.
Gdyby tak do Chikkera włożyć mięso z KFC...
ZARAZ, DOBI, WŁAŚNIE WPADŁAŚ NA GENIALNY POMYSŁ
KTÓRY ZREALIZUJESZ W NAJBLIŻSZYM CZASIE
OJOJOJOJ, SZYKUJCIE SIĘ NA TO POŁĄCZENIE
DOBI, TY GENIUSZU.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wszechstronne cuda z grosze, odsłona trzecia- panna Pokrzywa!

No i znowu długo bez postów. Wybaczcie. Tym razem padł mi twardy dysk. Wiecie, wszystkie zdjęcia i materiały tam. Wszystkie filmy....wszystkie muzyki....MOJE WSZYSTKIE CHORE RZECZY ODESZŁY.
Otrząsnąwszy się nieco z żałoby, postanowiłam po prostu pieprzyć wszechświat tak jak on pieprzy mnie (:c) i odwalić kolejną notkę z obrazkami z painta.

No to dzisiaj kolejna część serii- tym razem przedstawiam wam pokrzywę.
1.Cera.
Pokrzywa jest świetna na oczyszczenie cery, czego sama właśnie doświadcza. No co tu dużo mówić- oczyszcza, sprawia, że cera staje się gładsza, rozjaśniona, bez niespodzianek, nabiera zdrowego blasku i wyglądu. Wystarczy codziennie pić kubek pokrzywy-takiej z torebki lub suszonej.

2.Paznokcie.
Picie pokrzywy pozytywnie wpływa także na paznokcie. Rosną szybciej i równie szybko stają się twardsze i odporniejsze na uszkodzenia. W moim przypadku pokrzywa świetne podziałała na długość płytki (a nie na ten biały pasek, no, wiecie o co mi chodzi), co było u mnie szalenie pożądane.

3.Włosy.
No oczywista. Wpływa cudownie na porost, ogranicza nieco przetłuszczanie włosów, rosną też zdrowe, grubsze i mocniejsze. I najlepsze- zapobiega wypadaniu. How cool is that?

4.Płukanki na włosy.
Zaparzamy 2-4 torebki/łyżki pokrzywy. Ilość w zależności od długości i ilości włosów. Po ostygnięciu i umyciu płuczemy. Ogranicza przetłuszczanie, wzmaga blask, elastyczność. Domyka łuski i sprawia, że włosy są lżejsze i bujniejsze. Ponadto płukanka skutecznie zwalcza łupież.

5.Zdrowie
Ogólnie pokrzywa wpływa pozytywnie na przemianę materii i działa moczopędnie. Pomocna przy chorobach nerek, zapobieganiu cukrzycy. Zmniejsza również zbyt obfite krwawienie miesiączkowe-u mnie niestety nie pomogła, ale nie zrażajcie się; mnie czeka wizyta u lekarza w tej sprawie. Bogate źródło witaminy K i B2.

Zastosowań pokrzywy nie jest dużo-no, dobra, przepisów na nią jest akurat sporo, np. na bolące stawy i obrzęki- ale jest genialna w swoim działaniu, temu warto było o niej wspomnieć. Szybka, skuteczna, naturalna, wszechstronna i tania- czego więcej chcieć?
Ja dostałam paczkę pokrzywy suszonej za 3.50, herbaty również oscylują wokół tej kwoty. No. Co więcej dodać? Pokusiłam się jedynie o zrobienie hipstah obrazka:

No to trzymajcie się ciepło w tę piękną pogodę(nie, to nie ironia! A tak btw- pokrzywa wzmacnia odporność, hej!), pobiegnijcie grzecznie po miłą pokrzywkę i pijcie. Z miodem. Tak po zimowemu. Bo w końcu zima, nie? : D

czwartek, 14 marca 2013

Kulinarnie: moje ulubione burritos

Dobry, to ja, Marchew. Stwierdziłam, że po kolejnej przerwie dobrze byłoby zdradzić, jakie istotne zmiany zaszły w moim życiu.
Rzuciłam nabiał. Poproszę o oklaski.
Do końca zeszłego roku większość moich przekąsek stanowiły rzeczy zawierające masę sera, sosów na bazie jogurtów i innych świństw, których jedzenia żałowałam. Postanowiłam więc poszukać nowych i ciekawych rzeczy, które uzupełnią wyrwaną w sercu dziurę po serze.

Jednym z moich odkryć są właśnie burritos

Nie podaję dokładnych proporcji, bo zawsze robię większy zapas na kilka dni.
Najpierw podsmażam mięso mielone (wieprzowinę) z cebulą i doprawiam, do tego trochę koncentratu pomidorowego rozrobionego z wodą (nie za dużo, nadzienie powinno być w miarę suche),
do tego dodaję kukurydzę i czerwoną fasolę, po czym zawijam w placki.

Jeśli chodzi o zwijanie, całkiem fajnie wygląda to tu (ja nie mam dobrej kamerki ani tym bardziej takiego brzucha)

W wersji bezmięsnej można nawrzucać też innych warzyw (brokuły, mmm) i sera, o ile ktoś lubi. Próbować można wszystkiego, spodziewajcie się więc kolejnej odsłony tego dania :)


piątek, 8 marca 2013

Nowości w McDonalds- Chikker

Jedzeniejedzeniejedzenie!
Po krótkim dniu nicnierobienia w szkole miałam diabelską ochotę na nowego Chikkera. W drodze powrotnej okazało się, że kolega podziela mój entuzjazm co do fast-foodowych nowości, więc wzięliśmy się pod pachy i radośnie pohopsaliśmy do pobliskiego McDonalda.
Oczy nam się zaświeciły, żołądki zaburczały. Szybko złożyliśmy zamówienie- niestety, trochę dłużej zajęło nam czekanie, jednak zajęliśmy się fascynującą rozmową o jedzeniu.
Z nowości pragnę wypróbować frytki i Hawaii Chicken. Myślę też o nowym shake'u- o ile czekoladowy darzę największą miłością, tak na owocowych, a szczególnie limitowanych się zawiodłam...Zobaczymy.
Dostaliśmy swoje zamówienie i chamsko poszliśmy do KFC, żeby zjeść z kolegami i pomachać im przed nosami naszymi Chikkerami.

Albowiem zaprawdę powiadam wam: Chikker jest lepszy od longera. Po pierwsze- większy, wyższy i grubszy. Po drugie- bułka. Większa, miękka wewnątrz, chrupiąca na zewnątrz. Ma taki...inny smak. Nie wiem, jak go określić, ale pyszna.
Wewnątrz, o dziwo- grube kawałki 'kurczaka' w porządnej panierce. Ano właśnie, 'kurczaka'. Mak nigdy nie nauczy się robić kurczakowych rzeczy tak, jak KFC- no błagam, tam przynajmniej to jest mieśo, a nie zmielona papka... Tak, ten kurczak wypada słabiej. Ale tylko on.
Oprócz niego znajdziemy w środku trochę sałaty i sos. O matko, sos...Idealnie komponuje się z bułką i panierką. Musztardowy. Słodkawy, ale i ostry. Ostrzejszy niż sos z longera. Wiadomo, nie jest MEGA ostry, każdy go zje, jednak miło 'tańczy'  po języku- zwłaszcza, że jest go tam słuszna porcja.
Chikker występuje sam, za 5zł oraz w zestawie 2forU-za 5,50. Największy ze wszystkich propozycji w menu 2forU i to właśnie w niego będę celować w najbliższym czasie. Polecam, polecam,polecam.



czwartek, 7 marca 2013

Wszechstronne cuda za grosze, podejście drugie- oliwka Babydream

Dzisiaj miało być jedzeniowo, ale nie wyszło, postaram się jutro. W zamian postanowiłam napisać drugą notkę do nowej serii- tym razem o oliwce Babydream.

Większość z was na pewno już ją zna. Dzieciowa oliwka dostępna w Rossmannie za 6,50, aktualnie na promocji za 4,50. Znana i lubiana, mimo wszystko postanowiłam i o niej szkrobnąć parę słów- a nuż znajdziecie nowe zastosowanie, albo w końcu zdecydujecie się na kupno?

1. Włosy
Oliwka ta jest świetna dla dziewczyn, które chcą zacząć olejowanie. Mieszanka różnych olejków, tania i łatwo dostępna- nie musimy wydawać od razu niebotycznej sumy na oleje, a na początek najlepsza będzie mieszanka, a nie konkretny olej- przecież jeszcze nie wiemy, co nasze włosy lubią.
Sprawdza się na większości włosów. Po jej użyciu są niesamowicie miękkie i sypkie, błyszczą się i ładnie układają.

2. Ciało

Oliwka jest szalenie wydajna,250ml kupionych we wrześniu mam do teraz, a używam jej często i słusznie. Toteż nie żałujmy wylania sporej ilości do wanny podczas kąpieli lub wsmarowania w ciało. Skóra po jej użyciu- jak to po oliwce dzieciowej- dzieciowa. Macam się i macam.

3.OCM
Ze względu na cenę i wydajność oliwka świetnie nadaje się jako olej bazowy w OCM. Tu muszę przyznać, że u mnie się sprawdziła świetnie, ale, jak wiadomo- to bardzo osobista sprawa.

4. Masaż
O ile korzystamy z takowych. Drogie, 'specjalistyczne' olejki do masażu często zawodzą, a cudem okazuje się Rossmannowa oliwka. Z powodzeniem używała jej moja mama.

5.Makijaż.
Oliwka znów wygrywa za swoją wydajność i cenę- idealnie nadaje się do zmywania makijażu. Dobrze oczyszcza i nawilża. Używam jej codziennie, wylewając po prostu parę kropel na wacik. O ile mój 'makijaż' ogranicza się do kremu z filtrem i czasami podkładu, tak z mocniejszym również radzi sobie świetnie. Zrobiłam kiedyś próbę, nie dowierzając internetom, że olejem można zmyć makijaż. Można i się powinno.

6. Dłonie
Olejek rycynowy może być dla niektórych uciążliwy w użytkowaniu, a oliwka na skórki sprawdza się świetnie. Przede wszystkim szybko się wchłania i bez problemu można ja rozprowadzić na całych dłoniach, dzięki czemu korzysta i skóra, i paznokcie, które odwdzięczają się pięknym błyskiem.

7.Twarz
Oliwka, która ratowała mi skórę w zimę. Z chęcią sięgam po nią i teraz, gdy jest już cieplej. Wieczorem, po kąpieli, wmasowuję ją w twarz aż do całkowitego wchłonięcia. W przeciwieństwie do olejku rycynowego wchłania się szybko i łatwo, więc nie budzę się z tłustą grzywką. Rano twarz jest cudnie gładziutka. Odżywia też rzęsy i brwi, jednak nie tak bardzo jak olejek rycynowy. But still.

8.Podrażnienia

Auć. Znacie to uczucie, gdy po depilacji wszystko was piecze, swędzi, a włoski szybko wrastają? No ja już nie. Dziękuję, oliwko bogato wsmarowane w podrażnione miejsca.

9.Depilacja
No wiecie, ten wosk lubi zostawać. Nie życzę nikomu. Ale jak już się nam zdarzy, to szybko chwytamy za oliwkę, która szybko go usunie.

10.Pędzle do makijażu
Parę kropel oliwki , delikatnego szamponu(babydreamowy będzie dobry) i mydła, trochę ciepłej wody i płuczemy swoje pędzle. Idealne oczyszczenie.

12. Sprzęty kuchenne

I tym razem zupełnie nie-urodowe zastosowanie. Nie wiem czy wiecie, ale oliwka jest świetna na wszystkie sprzęty w kuchni. Po umyciu kuchenki, zmywarki, okapu, ekspresu i tym podobnych, wylewamy trochę oliwki na ręcznik papierowy i przecieramy. Wszystko pięknie się błyszczy, nie zostawia smug i ułatwia mycie.

Uff, kolejny kosmetyk-cud za nami. Oczekuję, że znajdzie się w waszym domu, toć to grzech nie korzystać, jak pani bozia daje. Jak macie jakieś inne zastosowania, to piszcie.

środa, 6 marca 2013

Nowenowenowenowe

Post-informacja: po prawej macie fejsbuczka. Zapraszamy, od jutra mam nadzieję, że ruszy bardziej. No, i tyle na dziś, wpadnijcie jutro po jedzeniową recenzję jakąś!

wtorek, 5 marca 2013

Słońce, słońce...precz!

Od poniedziałku me oczy drażni mocne słońce. Nienawidzę. Nie, serio, nie lubię słońca. Może inaczej- lubię, jak jest słonecznie, pogodnie...Ale promieni nie. Sprawiają, że mam zawroty głowy, jest mi słabo i niedobrze. Dlatego w lato nikt mnie nie zobaczy na zewnątrz wcześniej niż o 16, w okularach i jakimś nakryciu głowy. Inna sprawa, że jestem zimnolubna i już przy aktualnych temperaturach jest mi wiecznie za ciepło. Czy Rosjanie wciąż rozdają darmowe bilety w jedną stronę na Syberię? Chętnie skorzystam!

Ale, żeby było tematycznie- pierwsze słońce, brak chmur, coraz bliżej lata...A to oznacza większe narażenie na szkodliwe promienie. Dziś- krem z filtrem.
Ano. Dla mnie szalenie ważna rzecz. Określmy szybko moją skórę- po dziecięcym popijaniu Kubusiów chyba na zawsze zyskała ciemny odcień, którego usiłuję się wyzbyć- i nawet się udało na twarzy, ale to żmudna i długa praca- błyskawicznie się opalam, na ciemny kolor, chyba raz w życiu zdarzyło mi się spalić na słońcu, opalenizna zostaje prawie cały rok(będąc na wakacjach w sierpniu, w czerwcu moja skóra powraca do swojego najjaśniejszego stanu), moja skóra wydaje się wyłapywać promienie pomimo najwyższej ochrony, prawidłowego ubioru i unikania słońca. Tak, na skórę strasznie narzekam.
Początek lata 2012- Dobi ma totalnie dość skóry i szykując się do wakacji w Chorwacji poszukuje dobrego kremu z filtrem na jej budżet. Znajduje dwa, przeszczęśliwa, bo z filtrami SPF i PA. Dzisiaj o jednym z nich.

Mowa o kremie z filtrem Avon-Anew Solar Advance.
50 SPF/FPS, PA +++, UVA,UVB. Full pakiet chyba. Krem do twarzy przeznaczony dla starowinek, z tej najbardziej zaawansowanej oferty Anew. Lecz kto z nas patrzy na wiek, patrzy się na potrzeby!
Zamarzył mi się, od kiedy zobaczyłam go w katalogu. Wszystko, czego potrzebowałam! Ale za 50zł...I 75ml tylko. Nie,podziękuję. Jednak szybko(po miesiącu?) pojawił się w cenie 'na do widzenia' za 25 zł. Z jednej strony dobra oferta, z drugiej...Oh, please. Kosmetyk z filtrem dostępny ledwie dwa miesiące. Nie łapię polityki sprzedawania takich produktów w Polsce. Mam wrażenie, że z pierwszym września magicznie znikają z półek.
Kupiłam ze smutkiem, że może mi go nie wystarczyć nawet na wakacje. Faktycznie, opakowanie małe. A jednak... Pierwszy plus za wydajność. Używałam go w Chorwacji przez dwa tygodnie kilka razy dziennie, od początku sierpnia. Mam go od teraz, używam raz-dwa razy dziennie. Nie trzeba go dużo, by dokładnie zabalsamować sobie twarz.
Działanie? Producent oprócz ochrony mówi coś o nawilżeniu, rozświetleniu, wygładzeniu zmarszczek. Nawilżenie i rozświetlenie-zgadzam się, wygładzenie zmarszczek- nie posiadam, nie wiem.
Ochrona? No właśnie. Kurczę, nie, nie ma się do niczego przyczepić. Biorąc pod uwagę moją tendencję do łapania słońca, ochrania świetnie. Na twarzy lekko jedynie się opaliłam, co dla mnie jest sporym sukcesem, naprawdę! Kremu używała również moja kuzynka, która nie złapała słońca nic a nic. Podsumowanie- ochrania wspaniale.
Konsystencja-gęsta, troszkę lepka. Nie bieli. Wchłania się przeciętnie- te 15,20 minut wystarczy. Nie wysusza, nie zapycha, z makijażem współgra świetnie...
Kurczę. Podejrzany produkt. On jest za dobry. Co ma robić, robi i absolutnie nie mogę się przyczepić. Jednak coś sprawia, że nie kupiłabym go za normalną cenę. Jestem pewna, że za 50zł można kupić dobry filtr w aptece. Ale mając okazję/ nadmiar gotówki (ahahahahhahah) z pewnością chwyciłabym za niego ponownie.
Na razie jeszcze starczy mi z pewnością na dwa miesiące, ale zaczynam już rozglądać się za czymś nowym. Macie jakieś godne polecenia filtry?
Zaznaczam, że nie jestem ekspertem w tych sprawach i z pytaniami odsyłam do bardziej oczytanych dziewczyn. A może wiecie coś na temat tegoż kremu, może jednak w jakiś sposób szkodzi?

poniedziałek, 4 marca 2013

Wszechstronne cuda za grosze, ujęcie pierwsze-olejek rycynowy!

Słowem wstępu- miło, że licznie wczoraj wpadliście i zostawiliście parę komentarzy. Serio, motywuje jeszcze bardziej. Dziękuję ♥

Dzisiaj przedstawiam wam nowy, mam nadzieję, długi cykl, w którym prezentowane będą- jak w tytule- wszechstronne cuda za grosze. Czyli głównie kosmetyki, tudzież wszelakie akcesoria, ogólnodostępne, dające się wykorzystać do różnych celów, a co najważniejsze- działające cuda i tanie jak barszcz Strójwąsa.(ważna postać-klik!)

Pierwszy produkt, który wpadł mi do głowy podczas pomysłu na ten cykl, to olejek rycynowy.
Jak już wspominałam, brak mi aparatu, a buteleczka już niefotogeniczna...Pokusiłam się o stworzenie takiej oto, wiernej rzeczywistości ilustracji:
Co to za urocza istotka, ten olejek? Posługując się ciocią Wikipedią: produkt roślinny, otrzymywany z nasion byliny. Ciekawostka- pierwotnie stosowany jako skuteczny środek przeczyszczający. Niech wam na myśl nie przyjdzie brać go do ust! A sama rycyna jako roślina jest silną trucizną. Też nie jedzcie, bo umrzecie.
A, i chyba ważna informacja- brzemienne tudzież planujące taki stan olejku zażywać w żadnym wypadku nie mogą, bo będzie krew i łożysko na ziemi, a nie dzieciak. No. To tyle.
Dobra, ale właściwie po co nam olejek rycynowy?
Ano właśnie.

1. Trądzik
Jedyny, najlepszy! Wieczorem wystarczy namoczyć wacik kosmetyczny w olejku i kropnąć sobie w miejsca, gdzie zaraz wyskoczą nam wulkany. Męczę, a raczej męczyłam się z wulkanami typu 'siedzę-tydzień-jestem-wielki-i-twardy'-olejek rycynowy zwalcza te wredoty w maksimum trzy dni. Mniejsze niespodzianki znikają w jedną noc.

2. Zaczerwienienia, podrażnienia
Jak wyżej. Nakładamy na noc i rano cieszymy się brakiem czerwonych plamek.

3. Blizny
Spotkałam się z twierdzeniem, jakoby olejek ten miał rozjaśniać blizny. I wiecie, ono prawdziwe jest, to twierdzenie. Fakt faktem, trzeba go używać codziennie-co też czyniłam przez dwa miesiące- ale efekty są. Blizny powoli znikają. W połączeniu z peelingami i innymi zabiegami rozjaśniającymi cerę olejek pomoże działać cuda. Od razu zastrzegam, że na rozstępy nie ma tutaj rady. Olejek dobry na maleńkie blizny na ciele i te potrądzikowe.

4. Porost włosów
Tutaj nie mogę pochwalić się swoim doświadczeniem, niestety. Mój skalp nie lubi jak nakłada się na niego oleje, jakiekolwiek. Oj, bardzo nie lubi. Jednak przegrzebując internety zawsze spotykałam się z pochwałami na temat olejku rycynowego. Olejek podgrzewamy w kąpieli wodnej i ciapamy na skórę głowy. Et voila. Olejek wzmacnia cebulki, przyspiesza porost, sprawia, że włosy są grubsze, ciemniejsze i bardziej lśniące.

5. Olejowanie włosów
Okej, olejowałam włosy samym tylko olejkiem rycynowym tylko raz. Nie, żeby nie było efektu, wręcz przeciwnie- włosy były cudowne. Lecz wątpię, że zrobię to jeszcze raz...Jest to najbardziej gęsty, najbardziej kleisty i upierdliwy olejek na świecie. Nawet po jego pogrzaniu i zwilżeniu włosów jego nakładanie jest diablo trudne.
Dlatego polecam mieszanie go z innymi, bardziej rzadkimi olejami. Dobrym sposobem jest zmieszanie go z maską/odżywką, z którą się nie polubiłyśmy. Efekt nieraz wzmożony, a o ile mniej problemów! Włosy są ciemniejsze, lśniące, gładkie, miękkie, a skręt, o ile takowy posiadamy-zdefiniowany.

6. Brwi, rzęsy.
Od zawsze miałam króciutkie rzęsy. Grube i ciemne, ale krótkie. Zaczęłam używać olejku i...na pierwsze efekty czekałam dwa dni. Potem codziennie wieczorem wcierałam w skórę, na rzęsy i brwi olejek. Można to robić patyczkiem kosmetycznym lub starą szczoteczką z mascary.
Brwi, tak samo jak i rzęsy, mam ciemne- po olejku jest ich więcej, są bardziej zagęszczone i jeszcze ciemniejsze.
A rzęsy-ach, te rzęsy! Wciąż nie są niebiańsko długie, ale będąc posiadaczką takich kikutków, jestem zachwycona efektami. Są zdecydowanie grubsze, ciemniejsze, jest ich więcej, ładnie się wywijają. Przyciemniło mi to także oprawę oczu, co zostało zauważone przez społeczeństwo. Polecam,polecam, zdecydowanie polecam! Aktualnie po dwóch miesiącach kuracji idę w stronę odżywki Biovaxu-ot,potrzebna rzęsom przerwa na inny kosmetyk- ale już wiem, że olejek towarzyszył mi będzie zawsze.

7. Paznokcie, skórki
Olejek rycynowy jedyny na paznokcie. Wnika w płytkę paznokcia, odżywia ją, wygładza, sprawia, że lśni. Dodawać go można do kąpieli dla dłoni- Sok z cytryny, oliwa, olejek rycynowy, ciepła woda i 20 minut- cuda instant.
Zwykle smaruję skórki patyczkiem wieczorem, nadaje się do tego idealnie. A rano skórki jak marzenie. Po dłuższym stosowaniu elastyczne i miękkie.

8. Porost włosów...na innych częściach ciała
Nieudana regulacja brwi? Bywa. Kup pan olejek rycynowy. Po prostu smarujemy miejsce, gdzie chcemy, aby włoski pojawiły się szybciej. No i tyle. Pojawiają się.

9. OCM
Wiele dziewczyn zaczyna właśnie od niego, wiele przy nim pozostaje. Dla mnie rewelacji wielkich nie ma- wiadomo jednak, kwestia osobista. Warto jednak wypróbować.

10. Końcówki
Przed myciem- czy to na godzinę, na trzy, na całą noc- walimy słuszną porcję olejku na końce włosów. Po umyciu są lśniące, jakby grubsze, smacznie odżywione. Niektóre dziewczyny rozsmarowują kropelkę na mokrych włosach lub tak też stylizują włosy- metodę jednak polecam właścicielkom włosów grubych i przesuszonych. W innym wypadku będzie obciążał.

11. Skóra twarzy
Olejek lubi się ze skórą wokół oczu. Nawilża i napina. Ponoć pomaga na zmarszczki- cóż, tego z doświadczenia oczywiście nie wiem. Tak samo jest ze skórą twarzy-mimo efektów nie nakładam go z dwóch powodów: nie mogę spinać grzywki na noc do góry- więc strasznie się tłuści przez olejek, a także przyciemnia włosy. Jestem posiadaczką ciemnych włosków wszędzie, więc...no.

12. Stopy
Tak, tak! Na stopy również :> Bierzemy stare skarpety, nie żałujemy sobie podgrzanego wcześniej olejku, zaskarpetowujemy się i idziemy spać. Rano budzimy się z kocimi poduszeczkami zamiast stóp.

13.  Ciało
Jeżeli lubicie taplać się w wannie, dobrym pomysłem będzie kropnięcie sobie olejku do wody. Uwierzcie, skóra wcale nie będzie tłusta, tylko cudownie nawilżona.

Jeżeli po przeczytaniu tych trzynastu punktów wciąż nie jesteście przekonane, no to może cena? Ja dostałam buteleczkę, która wystarczyła mi na 3 miesiące regularnego stosowania za 2.60. Moje miasto uraczyło mnie sklepami zielarskimi, jednak olejek do kupienia w każdej aptece.
No, to na co czekają? Lecieć do kolejki!


PS: Od dłuższego czasu zastanawiam się nad uruchomieniu strony na fejsbuku(ach, fejm!), gdzie mogłybyśmy na bieżąco zdawać relacje ze znalezienia pierdół, dodawać szybkie notki 'live', zapowiedzi, komunikować się z wami...Ot, taka pierdoła. Polubiłybyście? Let me know.
PS2: Jeśli macie jakiś kosmetyk/ jedzonko na oku, ale boicie się kupować, piszcie- chętnie się odważymy.

niedziela, 3 marca 2013

Halo?...

Trochę niezręcznie.
Bez owijania. Głupio wyszło. Nie pisałyśmy nic. Ale to nie oznacza, że znalazłyśmy mózg, o nie! Wręcz przeciwnie. Ja czuję się, jakbym jeszcze bardziej go zgubiła. Po prostu szereg wydarzeń sprawił, że nic nie dodawałyśmy i porzuciłyśmy nasze ukochane dziecko. Wyrodne matki. Spartańskie wychowanie. Skrucha jak nie wiem.
Czocher i Marchew usprawiedliwione. Połączenie szalonego, studenckiego życia i desperackie próby zaliczenia robią swoje. Zwyczajny brak czasu. Ja natomiast...cóż, mózg gubiłam bardzo, ale zepsuł mi się aparat. Całkowicie sobie nie radzi. Biedny. Ale postanowiłam wrócić, bo tęskno mi było do pisania, mam więc nadzieję, że się nie obrazicie, jeżeli będą się tutaj pojawiały troszkę podrasowane zdjęcia robione komórką. Nie wychodzą najgorzej, przysięgam! Na dowód macie zdjęcie seksownego Pikacza:
Nie jest źle, prawda? :c Przyjmiecie Zgubiłam Mózg z powrotem?...
Będzie dużo jedzeniów, kosmetyków i sztuczków na nasze biedne, uczniowskie kieszenie, przyrzekam!♥
Trzymajcie się, wyczekujcie reaktywującego posta i trzymajcie mózgi z dala od siebie!