czwartek, 16 sierpnia 2012

Wakacyjnie zakupowo

Jesień zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nią zbliża się październik i koniec mojej finansowej wolności. Tak, wiem, powinnam oszczędzać przed wyprowadzką z domu, jednak nie mogę się jakoś na to zdobyć i pieniądze wydaję jak opętana. Pomijając masę zakupów "ubraniowych" zakupiłam sobie kilka większych i mniejszych duperelek (duperelków?) po części potrzebnych po części nie. I część z nich postanowiłam umieścić w internecie, jako ostrzeżenie dla moich potencjalnych potomków przed dziedzicznym zakupoholizmem.

Potrzebowałam plecaka praktycznie na gwałt. To znaczy... generalnie wmówiłam sobie, że go potrzebuję, a że wyjazd na wakacje jest dobrym pretekstem żeby plecak kupić uczepiłam się go jak rzep psiego ogona. I kupiłam. Nie bez trudu, dlatego też jestem z niego tak bardzo, bardzo dumna. Plecaka, który by mi odpowiadał nie było nigdzie. Nawet w internecie, jakkolwiek dziwne musi się to wydawać. Wyczaiłam co prawda kilka w Galerii Bałtyckiej, jednak nie jestem aż taką desperatką, by wydać ponad 200zł na plecak w kwiatki, no way... pewnego dnia wpadłam sobie jednak do Deichmanna, w sumie bez celu (buty w moim rozmiarze są tam tylko na dziale dziecięcym) i nagle zobaczyłam plecak. Nie był to co prawda ten konkretny plecak z moich marzeń i snów, ale na bezrybiu i rak ryba.


Kolejną rzeczą, której potrzebowałam był portfel. Tej jednak potrzebowałam rzeczywiście, bo w moim miniaturowym fioletowym portfelu nigdy nie chciały się zmieścić dokumenty. Pieniądze to inna sprawa, gdyż akurat one u mnie nie zagrzewają za długo miejsca. Przeglądałam portfele w każdym sklepie gdzie tylko je widziałam i poza jednym (bodajże w Housie) nic nie przypadło mi do gustu. Postanowiłam więc kupić portfel z Housa. Nigdy jednak do tego nie doszło, gdyż odłożyłam to sobie na bliżej nieokreśloną przyszłość i w międzyczasie wyjechałam na wakacje. Na wakacjach zakochałam się w motywie portugalskiego koguta i kupiłam sobie koguci, portugalski portfel. I koguci breloczek, obok którego obecnie (poza paryską wieżą) jest również łotewski kot i rosyjska matrioszka (miał być też Muminek, ale przepadł w tajemniczych okolicznościach), zdjęcia robione są tuż po zakupie.


Kolejnym niecierpiącym zwłoki zakupem były buty. Jak już kiedyś pisałam - moja stopa jest miniaturowa (rozmiar 34 w porywach 35) i znaleźć jakiekolwiek buty to cud. Jednak genialna ja, jak to ja, wybrałam się na zwiedzanie Lizbony w sandałkach na obcasach. Pomykałam sobie w tych sandałkach dumna z siebie, ale tylko przez jakieś półtorej godziny, bo potem zrobił mi się pęcherz. Połykając łzy zaczęłam więc szukać straganu, na którym mogłabym dostać jakie klapki w przyzwoitej cenie. Klucząc między uliczkami trafiłam do H&M, gdzie akurat trwała przecena (weszłam po konkretną bluzkę, którą kupiłam również i to o połowę taniej niż w Polsce). Buty też przecenili. Kupiłam, bo
1) o dziwo rozmiar 36 leżał na mnie idealnie. 
2) pęcherz bolał. bardzo. 
Zapłaciłam za nie 5 euro i okazało się, że trafiłam na najwygodniejsze buty na świecie, które teraz noszę ciągle (co widać po tym jak są znoszone). Buty przeszły już sporo, łącznie z bliskim spotkaniem z kupą yorka mojej kuzynki. Nie lubię yorków, to nawet nie są psy, prawdziwy pies powinien mi sięgać conajmniej do kolan (mam psa-parówkę, on też nie jest psem, to chodząca serdelka). Poza tym mam taką zasadę, że nie ufam niczemu, czego kupa ma większy rozmiar od niego samego - to wbrew naturze. 


Przywiozłam sobie też pocztówki. Lubię pocztówki. Te akurat są z Hiszpanii. Stały się głównym punktem mojej ozdobionej pocztówkami ściany od szafy. 



Po powrocie do domu zauważyłam, że jak grzyby po deszczu w okolicy mnożyć się zaczęły sklepy Ziaji. No to poszłam do jednego. Dobrze, że skończyły mi się pieniądze, bo pewnie bym nie wyszła. Lubię Ziaję, jest akurat na moją kieszeń. Praktycznie wszystkie z kupionych kosmetyków były już przeze mnie sprawdzone i lubiane. Najbradziej lubię serię ogórkową, w związku z czym do toniku i mleczka, które już w domu miałam, dokupiłam sobie krem ogórkowy, który mi się skończył. Mimo wielu niekoniecznie pochlebnych opinii jakie o nim słyszałam u mnie sprawdza się świetnie. Jedyną rzeczą spośród poniższych, której nie lubię jest masło do ciała z serii kozie mleko. Mimo, iż go nie cierpię, zawsze do niego wracam, bo pomijając kiepskie działanie, kocham jego zapach. 


Następnie udałam się do drogerii Hebe, gdyż była po drodze a ja potrzebowałam czegoś do mycia twarzy. Nie trafiłam dotychczas na idealny produkt do mycia twarzy, żaden z próbowanych nie utrzymał się u mnie dłużej niż jedno opakowanie. Zaryzykowałam i kupiłam produkt z essence. Jak będzie - zobaczymy. Potem ruszyłam do Natury, by uzupełnić zapas pudru. Puder jak puder, od pewnego czasu ciągle kupuję ten sam i chyba na razie go nie zmienię. 


Następnym przystankiem była drogeria Aster, która w mojej okolicy słynie z poślizgu co do limitowanek essence. Chciałam jeszcze jeden lakier z limitownki Fruity, niestety zastałam już tam Ready For Boarding. Dorwałam za to rem BB z Maybelline za 16zł (za inną cenę pewnie bym i go nie kupiła), o którym pisał już Zjadacz Ciastek. Używam go dopiero od dwóch dni, więc jedyne co mogę powiedzieć to to, że ma ładne opakowanie, potworny zapach i chyba podoba mi się bardziej niż krem BB z Garniera.


Przedostatnim zdobytym kosmetycznym przyczółkiem był Rossmann, gdzie upolowałam szminkę z Rimmela, na którą czaiłam się odkąd ją tylko zobaczyłam. 


Na koniec zostawiłam sobie wizytę w osiedlowej drogerii, gdzie kupiłam lakier magnetyczny z Golden Rose jako prezent dla mamy i koralowy lakier Miss Selene dla siebie. 


Kupiłam sobie też dwa pierścionki. Serduszko w kwiatki w Rossmannie i żółwia w centro. Kiedyś miałam hodowlę żółwi, wszystkie zdechły. To chyba fatum, temu też odpadła głowa. 



A na sam koniec udałam się do księgarni i antykwariatu, gdzie moje finanse do końca trafił szlag. 


I jeszcze w supermarkecie postanowiłam do końca spełnić swoje marzenie jeszcze z czasów gimnazjum i korzystając z promocji "książki za 99 groszy" uzupełniłam swoją domową biblioteczkę o brakujące tomy "Sagi o Ludziach Lodu", chociaż czytałam ją dobrych kilka lat temu i już do niej nie wrócę. 



 I korzystając z okazji, że już piszę długaśną notkę (chciałam wstawić jeszcze zakupy ubrań, ale fakt, że chociażby dzisiaj kupiłam trzy pary czarnych spodni ([*]) dostatecznie prezentuje to, że w takim wypadku ta notka nie miałaby końca), tak więc korzytając z okazji chciałabym jeszcze pożegnać coś dla mnie niesamowicie drogiego.

~UWAGA, DRASTYCZNE ZDJĘCIE~

 Szklanko z Aragornem, na zawsze pozostaniesz w moim sercu jako ulubiona szklanka.  


A ja idę pakować sie w góry, jestem podekscytowana, bo nigdy nie jechałam jeszcze bezprzedziałowym pociągiem ekspresowym. 


7 komentarzy:

  1. jeeej, filantropka się z Ciebie robi - Hiszpania, Portugalia, góry, a ja wyjechałam tylko na dwa dni w rodzinne śluby Ukochanego, na wieś ^

    podoba mi się ten żółw, nawet bez głowy ma swój urok, to raz. a dwa - znów mi zrobiłaś głoda na Terry'ego, paskudo ;c

    OdpowiedzUsuń
  2. chcę plecak. tzn jeden dobry już mam, ale taki skinheadowski (czarny+biała sznurówka), więc chyba kupię drugi. szklanki z władcy, lubię to.
    co do ziai, kozie mleko (krem) to jeden z nielicznych sposobów na moje suche jak wiór policzki.
    i wpadaj na śląsk, powitamy cię węglem i solą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Boże... książki za 99 groszy...
    umarłam.


    Kocham Twojego bloga. Serio.

    OdpowiedzUsuń
  4. uuu.. szklanka z Aragornem poszła w drobny mak ;/

    W jakim markecie kupiłaś książki za 0,99 gr ? ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. wow! gdzie dorwałaś sagę o ludziach lodu za 99 gr?

    OdpowiedzUsuń