wtorek, 31 lipca 2012

Yoggo - biedronkowe lody jogurtowe z Zielonej Budki

Już kilkukrotnie pisałam o produktach znanych marek, które są dedykowane Biedronce. Często bywa, że nie ustępują one droższym towarom podobnego rodzaju. Tak też jest z lodami jogurtowymi, których dziś spróbowałam.

 Lody Yoggo zawierają 40% jogurtu, czyli poniekąd są "o smaku jogurtu" (ale sytuacja wygląda lepiej niż w przypadku soku z kaktusa, zawierającego aż 1% kaktusa...), dostępne są w dwóch wersjach smakowych - wiśniowe (na zdjęciu) i malinowe.

 Do opakowania dołączona jest łyżeczka, którą od biedy za się jeść w plenerze.

Troszkę szkoda, że lody nie zawierają kawałków owoców, ale jak na taką cenę (1,99zł), są całkiem dobre. Smak jogurtu jest wyrazisty i przypadł mi do gustu, ale sos wiśniowy wydawał mi się za słodki i przypominał bardziej sok zagęszczony o smaku wiśni. Ogólnie jestem na tak - Zielona Budka to dobra marka i przede wszystkim wysoka jakość, ale lody nie zawładnęły mną na tyle, żebym kupowała je codziennie :)

cena: 1,99zł/150ml
dostępność: Biedronka
Skład: jogurt 40% (woda, mleko w proszku odtłuszczone, syrop glukozowy, kultury bakterii jogurtowych), sos wiśniowy 14% (cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, przecier wiśniowy 25% w sosie, woda, zagęszczony sok wiśniowy 5% w sosie, skrobia modyfikowana, barwnik: karminy, aromat, regulator kwasowości: cytrynian trisodowy), woda, syrop glukozowy, tłuszcz roślinny, cukier, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), zagęszczony sok cytrynowy. Może zawierać śladowe ilości soi, orzeszków arachidowych i innych orzechów.


sobota, 28 lipca 2012

Snack genius

Krótki ranking dobroci, które zdobywają mnie na nowo za każdym razem.

6. Lody z Nesquik musu
O tym deserku już pisałam. Mus wstawiony do zamrażalnika na dwie godziny zamienia się w najlepsze lody czekoladowe, jakie jadłam i wracam do nich często. Nie przebija jednak innych pozycji i zajmuje honorowe, szóste miejsce.

5. Różne wymyślne stworki z kurczaka/nuggetsy
Dinusie-mordercy to akurat produkt kupny. W mojej kuchni lubię też eksperymentować z różnymi wariantami smakowymi i panierkami (mąka kukurydziana - wypróbujcie, jeśli lubicie kurczaki a la KFC).

4. Placki ziemniaczane
Te konkretne to akurat wynik eksperymentu i wyglądają nieco inaczej niż te tradycyjne, mamine i babcine. Te ostatnie nie zawierają wymyślnych przypraw i jem je z... cukrem :D Nie wiem w których częściach Polski  robi się tak samo (masami twierdzi, że jest to popularne na naszym Śląsku, ale w moich okolicach jest to nieznane połączenie...), zwyczaj zaczerpnęłam od mojego dziadka, pochodzącego z Wilna. Regionalna ciekawostka, może ktoś się w tym temacie wypowie?

3. Kanapki Zaskoczmnie
Są jak kameleon, Zwierciadło Ain Eingarp i włosy Denisa Rodmana w czasach świetności.
Różne rodzaje pieczywa, szeroki wybór dodatków, sosy i, co najważniejsze, kreatywność. Nie pamiętam, jakie było moje najdziwniejsze połączenie (pewnie kanapka z panierowanym camembertem), ale nieustannie zadziwiam koleżanki połączeniami smakowymi.
Kanapka na zdjęciu to bułka hamburgerowa z tostera z dodatkiem mieszanki sałat, wysmażonym na wiór bekonem i powodzią z sosu czosnkowego. Nieestetyczne kleksy na talerzu pełnią rolę dekoracji.

2. Pieczarki "Bigger on the inside"
Nazwa odzwierciedla moją refleksję na temat tego, jak taka mała pieczarka mieści w sobie tyle nadzienia. Przyznam szczerze, można je uznać za klona faszerowanych pieczarek z Pizza Hut
www.pizzahut.pl
Prawie niezależna komisja (w składzie ja+licealna przyjaciółka) skosztowała obu wersji i obiektywnie przyznała palmę pierwszeństwa mojemu przysmakowi. Moje pieczarki są wypieczone (180-200 stopni do podłapania kolorku, jeśli kogoś to interesuje), zawierają ser, boczek lub pepperoni, odrobinę czosnku i cebuli oraz połączenie sosu sojowego, octu balsamicznego, przypraw i ziół. 
Te z pizza hut są bez smaku i bladawe. No i droższe.

1. Pizzotosty
Specjalna odmiana Kanapek Zaskoczmnie, która zasługuje na osobną pozycję i zdecydowane pierwsze miejsce - nad pieczarkami mają przewagę w postaci prostoty i szybszego procesu przygotowania.
Przekąska, która miała swą premierę właśnie na tym blogu, podbiła serce współpiszących (Człowiek Skurwiel, pozdrawiam cię) i co jakiś czas jestem informowana o wżeraniu tego przysmaku :)
Pizza z aromatycznym sosem i pysznymi dodatkami, zamknięta w najzwyklejszym pieczywie... Nie sposób się oprzeć!


Licznik obserwatorów znów nieznacznie podskoczył. W tej chwili jest was 91, miło nam :) Może uda nam się zebrać setkę?


środa, 25 lipca 2012

Zjadacz ciastek powraca, wakacyjny, odświeżony i z nowymi duperelami!

Długi tytuł zawarł chyba wszystko, o czym chciałam powiedzieć. Tak jak Czocher, właśnie wróciłam z wakacji (ledwo wysiadłam z auta :) - pozdrawiam pana spod Wrocławia, który postanowił upierdliwie trąbić na młodą "kierownicę", prowadzącą zgodnie z przepisami...), w moim przypadku nad Bałtykiem. Pogoda średnio dopisała, bo przygrzewać dopiero zaczyna - to dobra wiadomość dla tych, którzy właśnie wybierają się w tamte okolice.

Po pierwsze, w domu czekały na mnie skarby :)
Pocztówka od Moniquense oraz przesyłka od Smykusmyka, u której wygrałam rozdanie. Paczuszka zawierała ręcznie robioną kostkę peelingującą "prawie jak lush buffy" i dwie bransoletki, zapewne również "swojskie" :D

Kciuk też mam.

Kostka, chyba z racji temperatury nieco zmieniła kształt i lekko się połamała (wyobraziłam sobie rozchichotanych kurierów grających paczką w głupiego Jasia...), ale na pewno nie wpłynęło to na jej jakość. Przetestuję ją dzisiaj lub jutro, ale już teraz podoba mi się zapach mielonej kawy i naturalnego kosmetyku :) Poza tym, byłam przekonana, że będzie maleńkim gadżetem na raz, a tu miłe zaskoczenie!
Dzięki!

Po drugie, z urlopu przywiozłam masę pierdółek, które zwykle w takich okolicznościach się kupuje. Koszulki, przypinki i bohater dnia - kubas na pół twarzy :)

...zdjęcia kilograma kamyków i muszli sobie daruję.

Po trzecie, tuż przed wyjazdem wygrzebałam z szuflady staroć, który bez namysłu wrzuciłam niegdyś do douglasowego koszyka. Leżał sobie kilka miesięcy i nie przypominał o swojej obecności.
Stary, wycofany już chyba balsam do ust essence. Koleżanka stwierdziła, że balsamy essence były beznadziejne, ale ten miło mnie zaskoczył. Nie lepi się (pozdrawiam Miss sporty i inne tym podobne), pachnie ładnie, kwiatowo (mój typ to "laughing"), rozsmarowany na ustach przypomina nieco błyszczyki stay with me, chociaż jest transparentny. No i ma śliczne opakowanie. Czemu nie kupiłam innych wariantów?? No tak, kosztowały około 10zł, co wydaje mi się dużą kwotą jak na strzał w ciemno... Balsam, chociaż nie nawilża ust jakoś wybitnie, jest chyba dobrym znaleziskiem :)





Wyjazd nam się udał, Rewal to bardzo fajne miejsce na wakacje, nie jest wielkim kurortem, ale to nie wiocha zabita dechami. Brakowało mi jednak czarnego jak smoła, śląskiego powietrza rodem z kopalni (dobra, to był suchar...), śmigającego internetu i Biedronki pod nosem.


Milka ChocoMinis

Dzisiaj krótko i bez zbędnego przeciągania - ciasteczka ChocoMinis z Milki. 


Nie orientuję się niestety jak jest z ich dostępnością na naszym rodzimym rynku, ale dałabym uciąć sobie jakąś część ciała, że widziałam je w jakimś supermarkecie. A już na pewno w internecie - jednak nie orientuję się w cenach. Postanowiłam jednak o nich napisać, gdyż stanowiły one naprawdę istotną część mojej diety w ostatnich tygodniach. Zakupiłam je w portugalskim odpowiedniku naszej polskiej Biedronki (szczerze mówiąc do niedawna nie miałam pojęcia, że ten sklep należy do portugalskiej spółki) za około 3 euro. Pewnie i nie zwróciłabym na nie uwagi w normalnych okolicznościach, gdyż żywiłam się wówczas głównie szeroko pojętymi owocami morza, Daimem oraz pomarańczami i marakują, ale zauważyłam, że wielu ludzi je ciastka z charakterystyczną gwiazdką, a że były one dostępne z kilku różnych firm postanowiłam postawić na markę, którą znam i dotychczas mnie nie zawiodła, czyli na Milkę. 

W kartoniku, jak widać znajduje się pięć bardzo poręcznych paczuszek - można je było bez najmniejszego problemu wrzucić do kieszonki plecaka (o którym również wspomnę w którejś z najbliższych notek) i wyruszyć na zwiedzanie lub plażę. Nie zajmowały dużo miejsca a stanowiły naprawdę świetną przekąskę. W każdej paczuszce zapakowanych jest 6 malutkich ciasteczek (6.25 grama jedno) a każde z nich to 32kcal. 

Ciasteczka są bardzo kruche, nie za słodkie idealnie komponują się z kremem mlecznym (a raczej odrobiną kremu mlecznego) i gwiazdką z czekolady Milka. Początkowo byłam niemile zaskoczona naprawdę niedużą ilością białego kremu, ale szybko doszłam do wniosku, że właśnie tyle idealnie komponuje się z resztą ciasteczka czyniąc je niezwykle smacznym i słodkim, jednak nie na tyle, by mogło ono zemdlić lub zasłodzić. Kiedy chciałam czegoś mocniej słodkiego obgryzałam ciasteczko, które neutralizuje smak a potem zjadałam sam krem przyklejony do czekoladowej gwiazdki. Generalnie są to jedne z najlepszych ciasteczek jakie ostatnio jadłam i będę na nie usilnie polowała w Polsce.


środa, 11 lipca 2012

Ratunek w słoneczne dni-Avon After Sun,masło do ciała

Nie lubię słońca. Znaczy, może być- wiosną, gdy niebo jest lekko zachmurzone a temperatura sięga 20 stopni. Latem nie wychodzę z domu przed 17. Po prostu mnie męczy.
Nie lubię także opalenizny- ot, po prostu mi się to nie podoba. Nie wspominając już o skutkach nadmiernego wystawiania skóry na słońce...
Dzisiaj opiszę pewien genialny produkt, który odkryłam przypadkiem, a z pewnością zasługuje na rozgłos.
Co roku jeżdżę na Chorwację. Gdy spędzam dzień na plaży, wiadomo- unikam słońca jak ognia, w ruch idą filtry, parasole,kapelusze,okulary... Większość czasu spędzam w wodzie. Jeszcze nie zdarzyło mi się spalić, widzicie, moja karnacja jest ciemna i bardzo podatna na słońce. Mimo ochrony, skóra po parogodzinnym przebywaniu na plaży jest zmęczona- czy to w cieniu, na słońcu czy w wodzie.
Z pomocą przychodzi...
 Masło do ciała Avon, po opalaniu.
Masło jak masło, konsystencja masła. Genialnie się rozprowadza i wchłania, serio. No i zapach. Dla mnie genialny! Taki słodko-masłowaty...Nie umiem dokładnie określić, ale jestem pewna, że każdemu się spodoba.
Ale co najważniejsze... Jak on łagodzi! Natychmiast czuć różnicę. Wiecie, nawet gdy nie odczuwałam, że moja skóra potrzebuje jakiejś pomocy po plażowaniu, nałożenie tego masła natychmiast sprawiło mi ulgę.
Produkt jest baaardzo wydajny. Przez całe wakacje korzystała z niego cała rodzinka, i starczył akurat.
Masło w przeciwieństwie do innych produktów z serii After Sun nie utrwala w żaden sposób opalenizny, co u mnie jest dużym plusem.
Dzięki niemu skóra się nie suszy i nie łuszczy, pozostaje miękka i odżywiona. Z chęcią używałabym go cały rok ze względu na nawilżanie (na moją skórę naprawdę rzadko co działa :<), ale niestety po wakacjach gdzieś sobie znika.
W katalogu kosztuje naprawdę różnie, właściwie co katalog jest inna promocja na produkty plażowe. W myślach ukazuje mi się liczba 20. Może i 20zł. Kupiłabym go nawet za więcej.
Także jeżeli lubicie się opalać-kupcie. Jak nie lubicie, ale jedziecie na wakacje w słonecznie miejsce- kupcie. Jak tam wam się zdarzy spalić- miejcie. Jak dla mnie absolutny must have na wakacje.

A w następnych postach będzie trochę produktów do 'nie-opalania', z racji mojego świra na tym punkcie.

wtorek, 10 lipca 2012

Ziaja-reduktor trądziku punktowy + wygrana walka z 'kaszką' na czole!

Miałyście kiedyś tak, że przeszedłszy przez okres wiecznego trądziku na czystej już cerze pojawia się nagle nieproszony gość? Taki przedmiesiączkowy bądź też ten bardziej wredny...
Dwa miesiące temu, gdy myślałam, że problem trądziku mam już za sobą( sporadycznie parę wyprysków przed okresem) zauważyłam na czole kaszkę. E tam,pomyślałam. Pewnie zaraz zniknie.
No ale nie znikało. Wiecie, to ten taki najwredniejszy typ- trądzik podskórny. Koleżanki straszyły, że mi to zostanie na długo, że to nie wychodzi. Ale ja się zawzięłam. Najpierw czekałam-może to naprawdę chwilowe? Po miesiącu straciłam cierpliwość. W ruch poszły codziennie peelingi, a potem...
Ten mały, niepozorny produkt Ziaji. Do kupienia tylko w aptekach, cena- około 10zł.
Na opakowaniu producent zapewnia:
-normalizuje pracę gruczołów jołowych.
-przyspiesza złuszczanie warstwy rogowej naskórka.
-ogranicza rozwój bakterii.
-działa łagodząco na nadmiernie wrażliwą skórę.

Jest to reduktor punktowy, jednak ja używałam go na dwa sposoby. Pierwszy-na pojedyncze wypryski. Cóż, nie mogę mu nic zarzucić. Odpowiednio wcześnie nałożony zwalczał je w ciągu nocy- budziłam się z praktycznie niezauważalną pozostałością, która znikała następnego dnia.
Najważniejsza była jednak kaszka na czole. Wiedziałam, że to to chowa się głęboko pod skórą i trochę minie, zanim się tego pozbędę- o ile obejdzie się bez wizyty u dermatologa...
Ziaję stosowałam codziennie wieczorem, po dokładnym peelingu. Na początku dłuugo nie było widać efektu- przestały się jedynie pojawiać kolejne podskórne intruzy.
Aż nagle-dosłownie z dnia na dzień- wszystkie po kolei wylazły. Słownie-3 dni. Aktualnie siedzę z kilkoma ostatnimi śladami.
Słowem- nie wierzyłam, że dam radę,a jednak! Polecam gorąco. Jako reduktor i jako produkt do długiej kuracji.

niedziela, 8 lipca 2012

Joanna Naturia,peeling myjący z truskawką

Dzisiaj trochę posłodzę i się pozachwycam!
 Peeling ten chodził za mną za każdym razem jak wchodziłam do miejscowego Lewiatanu. Pojawiał się i znikał, widywałam różne zapachy, różne cechy. W końcu dorwałam peeling truskawkowy za obłędną cenę 4.45.
Przede wszystkim: obłędnie pachnie! Dla samego zapachu warto go kupić. Opakowanie jest małe, obawiałam się, że przy codziennym peelingu twarzy nie wystarczy na długo. O dziwo, trzyma się świetnie. Producent zaleca peeling na całe ciało 2 razy w tygodniu. Do ciała jest dla mnie trochę za słaby, ale i tak mile wygładza skórę, pozostawiając ją jedwabistą. Jednak i tak szkoda mi go na całe ciało i używam go tylko do twarzy.
Czarnych drobinek jest bardzo mało, a po peelingu nie widać, żeby był jakoś szczególnie ziarnisty. Jednak ziarenek jest bardzo dużo, są małe, ale wyjątkowo skuteczne. I nie rozpuszczają się nagle, jak w niektórych peelingach. 
Ten peeling naprawdę pomógł mojej twarzy( o tym w następnym poście, zapraszam właścicielki niespodziewanego trądziku!) i chyba zagości u mnie na stałe. Jak tylko dorwę inne warianty, opiszę działanie na blogu. Strasznie jestem ciekawa reszty serii. Polecam serdecznie! Za taką cenę...A jeśli nie podziała na waszą skórę, to przynajmniej pozostanie cudny zapach.




sobota, 7 lipca 2012

Milk Jumbo Coconut,Aldi

 Aldi jest moim przodownikiem jeśli chodzi o słodycze. Pyszne,te najlepsze,bo niemieckie. Co jak co,ale trzeba Niemcom przyznać,że słodycze robią pierwszorzędne. I chyba tylko słodycze... :>
Dzisiaj słodycz z tego właśnie sklepu. Pakowana w pudełkach po parę sztuk.Cena? Niestety nie mam pojęcia. Słodyczami w moim domu zajmuje się moja mama,a cen nie pamięta. Jednak nie sądzę,żeby była jakaś szczególnie wygórowana.
 Batonik nie jest szczególnie wielki,ot,taka mała przekąska do szkoły.
Czekolada jest pyszna. Idealna. Wafelek kruchy,o delikatnym smaku. Nadzienie kremowe,bardzo smaczne. Czego się spodziewać po słodyczach z Aldi? Wszystkie są przepyszne i nic się nie zmienia. Nadzienie jest przyjemnie mleczno-kokosowe. Po batonik nie sięgnę ponowie-z racji tego, że nie lubię kokosu,ale potrafię ocenić, czy nadzienie jest dobre czy też nie. Polecam.

EDIT: Moje wróbelki donoszą,że batoniki kosztują 5.50. LECIEĆ DO ALDI, bo z taką cenę zasługują na ocenę 10/10!

środa, 4 lipca 2012

h&m vanilla love

Ostatnio rzucił mi się w oczy uroczy zestawik z H&M. Jak wiadomo, kosmetyki w ubraniowych sieciówkach nie porywają ani ceną, ani jakością, jednak trafiłam na promocję i się skusiłam.
 zdjęcie robione młotkiem


W skład zestawu Vanilla Love wchodzą, jak widać, żel pod prysznic, peeling, czy też scrub, oraz balsam. Zapach kosmetyków trudno nazwać. Niby wanilia, ale jednak nie do końca. Coś słodkiego w każdym razie (zapach przypomina mi trochę racuchy, zdjęcie niżej).
Żel jest bardzo rzadki, co przy tak małej buteleczce (30ml) chyba jest plusem, bo jest bardziej wydajny. Dość dobrze się pieni. Nie jest to jakiś szał, ale dałam radę umyć się małą ilością :) Peeling jest nieco gęstszy, a jego drobinki bardzo małe i niezbyt twarde, ale przyjemnie masują. Balsamu jeszcze nie przetestowałam, ale chyba wiem, czego się spodziewać.
Ogólnie, zestaw jest w porządku. Ładnie pachnie, jeśli ktoś lubi słodkie zapachy, da się tym umyć, a w pudełeczku całość wygląda ślicznie, jednak cena regularna zestawu to 19,90zł za 3x30ml i nie wiem, czy bez promocji bym się na to skusiła. 
Ale myszki na opakowaniu są słodkie :D


Poranki umilam sobie Doktorem Who i czymś, co miało być pancakesami, a wygląda jak nasze rodzime racuchy :P Poprzednie zrobiłam "na oko" i wyszły o wiele lepiej, niestety.
Tak, jestem szczęśliwą posiadaczką żółtej musztardy w tle


poniedziałek, 2 lipca 2012

Małe zakupy i zapowiedzi.

Dzisiaj wybrałam się na małe zakupy, mając na celu kupno prezentu dla koleżanki. Nachodziłam się przy tym niesamowicie, ale prezent w końcu kupiłam. 
Dla mnie oczywiście również się coś znalazło. Będąc rozdarta pomiędzy wyrzuceniem pieniędzy na książki dla siebie i koleżanki Czocher(trzy pudła harlekinów historycznych po 2zł!) i ryzykiem wyrzucenia z domu, a kupieniem sobie czegoś użytecznego, musiałam wybrać to drugie.
Od dawna szukałam szortów. Tanich,za 40zł-niestety, przed wyprzedażami ta cena jest nieosiągalna.Sklepy z wyprzedażą są już porządnie przetrzebione i ciężko mi jest znaleźć coś w swoim rozmiarze-czasem taki rozmiar po prostu nie istnieje. Dzisiaj udało mi się znaleźć dwie pary w moim rozmiarze. Jedne były za długie, a te drugie...Sami zobaczcie. Chyba poleciałam na rozmiar i na cenę(40zł,House!) i nie jestem pewna,czy nie nie robią mi czegoś dziwnego z figurą?
Nie mam też do końca pomysłu na to,jak je nosić. Szkoda tak pięknego kroju na zasłanianie go bluzką. Z kolei z czymś wciśniętym w gacie czuję się dziwnie. Jakieś porady,pomysły? Myślicie,że jakaś narzutka/kurteczka/kardigan rozwiąże problem?

Oprócz tego w Rossmanie dorwałam na promocji dwie odżywki Issana za 4zł jedna(cena regularna-5.50) Jednej używam już dłuższy czas, z drugą dopiero się zaprzyjaźniam. W najbliższym czasie pojawią się recenzje obydwu.
Prócz odżywek kupiłam saszetkę zapachową do szafy firmy Pachnąca Szafa. Zdecydowanie polecam,tanie,pachną nieziemsko,a zapach przechodzi na ubrania. No i mnóstwo zapachów do wyboru. W ogóle polecam zajrzeć do Rossmanna, bo się dużo promocji czai.
A,jak mogłam zapomnieć! Kolejny krem matujący, który zapowiadałam tu. Pierwsze wrażenia niezbyt przyjemne, ale próby zaprzyjaźnienia się trwają.
A na koniec:

W home&you trwa promocja 3za2, w ramach której ja i koleżanka dorwałyśmy świeczki. Moja,czekoladowa ma obezwładniający wręcz zapach. Koleżankowa żurawina niestety nie pachniała tak intensywnie(a szkoda,uwielbiam żurawinę) ale i tak jest warta uwagi. Polecam zajrzeć, bo mają spore przeceny na fajowe pierdołki.

W najbliższym czasie na blogu pojawi się coś do włosów, coś dla pryszczatych i coś dla łasuchów. Zaglądajcie codziennie!

PS. Jeżeli lubicie ostrzejszą muzykę i jesteście fanami starego,dobrego punk rocka, to polecam obadać ten zespół . Chłopaki grają pół roku, zespół typowo garażowy, słychać niedociągnięcia,ale- mają już fanów(w tym mnie) parę koncertów za sobą i sukcesy. Przejrzyjcie sobie ich MySpace. Miłego wieczoru!