czwartek, 28 czerwca 2012

Schogetten brzoskwinia-marakuja

Dzisiaj dalsza część wydawania pieniędzy na czekoladowe przyjemności - limitowana Schogetten z marakują, którą producent uraczył nas z okazji pięćdziesiątych urodzin czekolady.



Stugramowa tabliczka zawiera 18 pojedynczych kostek, jak inne tej samej marki. Każda kostka składa się z trzech warstw. Od dołu: czekolada mleczna, biała i biała o smaku brzoskwiniowym z granulatem z marakui (na opakowaniu błąd w pisowni, jednak nie razi tak jak "zanóż"). Wierzchnia warstwa, najbardziej "dziwna" smakuje trochę jak... tic-taki! Całość ciekawie się komponuje. Kwaskowaty smak marakui fajnie łączy się z czekoladą. Dla mnie bomba, rodzinie średnio smakowało.
Zapłaciłam za nią 3,50zł na wspomnianym wcześniej stoisku w Katowicach, jest to bodajże edycja niemiecka, ale marka jest na tyle popularna, że pewnie znajdziecie ją gdzieś w innych częściach Polski.


Uprzejmie donoszę również o pojawieniu się chrupek Monster Munch w Biedronce :D Dawno ich nie jadłam, pomimo dostępności w innych sklepach. Będzie to smakowa podróż sentymentalna.


środa, 27 czerwca 2012

Kolekcja lakierów do paznokci

Czas na małe pierdu pierdu, post generalnie o niczym, czyli przy okazji porządków obfotografowałam swoją skromną kolecję lakierów do paznokci. Nie mam na razie zamiaru dokupować kolejnych, może z wyjątkiem zieleni, fioletów, pomarańczy i odcieni żółtego (jak można zauważyć tych konkretnych kolorów mam deficyt). Poluję też na jeden konkretny odcień różu i kilka topperów. No i dokupić muszę dokupić lakier czarny i biały. No, może jednak mam zamiar porobić w przyszłości lakierowe zakupy Moje lakiery mieszkają sobie w pudełku po butach:




wtorek, 26 czerwca 2012

Baron - Czekoladki PB&J's

Jestem wolna, wolna, wolna... aż do wrześniowych poprawek ;)
Póki co, cieszę się jednak końcem sesji, bo pomimo prawie miesięcznego siedzenia na tyłku, dojazdy na pojedyncze egzaminy były cięższe niż codzienne zajęcia od rana do wieczora. O dziwo.
Z tej radości zrobiłam napad na stoisko ze słodyczami :) Dzisiaj zaprezentuję wam czekoladki, a w zasadzie batoniki, które widzę pierwszy raz w życiu.
Batoniki o smaku masła orzechowego z galaretką/dżemem (nigdy nie wiem które "jelly" występuje w tej kombinacji, w zasadzie nie jest to do końca ani to ani to...).

W środku mamy 8 batoników, które po otwarciu opakowania pachną intensywnie orzechowo.

W smaku są ciekawe, masło orzechowe ma przyjemny, słodko-słonawy smak, który, jak wiadomo, dobrze komponuje się z kwaskowatym nadzieniem owocowym. Czekolada jest w zasadzie tylko dodatkiem, ale nie jest zła. Batonikom daję mocnego plusa za "to coś".
Kosztują 3zł (opakowanie 100g), co chyba nie jest wygórowaną ceną.
Nigdy nie widziałam ich w normalnych sklepach. Moje kupiłam na Piotra Skargi w Katowicach, na stoisku ze słodyczami w iście PRL-owskim kompleksie sklepów, zwanym szumnie Megastore (tam, gdzie Empik, Rossmann i inne sieciówki). Zazwyczaj takie wolne stoiska na środku galerii handlowych odstraszają mnie cenami słodyczy (zwykła Milka w cenie 8zł to nic dziwnego), jednak to wspomniane oprócz ciekawego asortymentu oferuje też korzystne ceny.
Kupiłam tam jeszcze jedną smaczną czekoladę, którą zostawię sobie na następny raz :D


poniedziałek, 25 czerwca 2012

Lip&cheek creme - Essence Ready for boarding - szybki swatch

Wybrałam się do drogerii po dwie konkretne rzeczy z tej limitowanki. Dostałam tylko jedną, jednakże w najbliższym czasie mam zamiar dorwać i drugą. Niestety baza pod lakier do paznokci peel-of była już wykupiona (a przewiduję, że będzie to coś świetnego w przypadku brokatowych lakierów, których nie cierpię zmywać). Zastanawiam się również nad zakupem paletki cieni, gdyż (o dziwo) zaskoczyła mnie niezła pigmentacją (niezłą jak na limitki essence, z cieniami z których mam kiepskie wspomnienia). Zakupiłam natomiast krem-róż do ust i policzków w kolorze 02 beauty on tour. Ma on 2,5 grama i jest zdatny do użytku przez dwanaście miesięcy od otwarcia.


Po lewej - bez flesza, po prawej - z fleszem (przepraszam za usyfiony parapet zewnętrzny ;))

Produkt ma trudny do określenia zapach, łudząco podobny do zapachu farbki do ust (błyszczyku?) z serii Vampire's Love. 
Ma kremową, nietłustą konsystencję która nieźle się rozprowadza. Nie posiada żadnych irytuących drobinek czy brokatu, na szczęście. Kolor wydaje się intensywny jednak łatwo można go stopniować. Ja posiadam tylko jeden z dwóch dostępnych kolorów - coś pomiędzy różowym a koralowym. 
Nałożony na policzki daje delikatny, naturalny efekt (niestety - zdjęć brak), który bardzo mi odpowiada.  Jestem także na 100% pewna, że używać go będę do ust. Niestety - jego wadą jest to, że bardzo podkreśla wszelkie suche skórki i niedoskonałości na wargach (co widać na zdjęciu). Mimo to czuję, że polubimy się z nim na dłużej. 
Co do trwałości - jest przeciętna. Nie zaskoczyła mnie ani w sposób pozytywny, ani negatywny. 



Generalnie jestem zadowolona z zakupu i zdecydowanie zabiorę go ze sobą na wakacje, jako kosmetyk "dwa w jednym" - róż do policzków i ust. 

niedziela, 24 czerwca 2012

Nesquikowy mus

Wpadł mi ostatnio w łapy taki deserek. Wcześniej go nie widziałam, a nowości lubię, postanowiłam więc przetestować.
 Nesquik mousse to jak sama nazwa wskazuje, mus czekoladowy (kakaowy?) o smaku Nesquika. Dostępny w czteropaku (230g całość) w Biedronce za 3,99zł.
 Deser ma strukturę musu, nie żadnego tam serka. Przypomina trochę biedronkowe deserki z pianką, ale smakuje jak Nesquik - da się wyczuć lekką goryczkę charakterystyczną dla kakao.
Skład: mleko, cukier, czekolada mleczna 8% (cukier, mleko w proszku, masło kakaowe, serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa, aromat), kakao w proszku, karmel (cukier, syrop glukozowy, woda), żelatyna wołowa, mleko w proszku, śmietana, mleko o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgator E472b, substancje żelujące E401.
Zdrowe to nie jest, ale raz na jakiś czas można sobie pozwolić na chwilę przyjemności. Brakuje mi Nesquika w formie kulek, chyba powinnam odświeżyć płatkowe zapasy.

À propos folgowania sobie, wczorajsze minizakupy. Soczysty róż, o którym wspomniałam wcześniej (dragonfruit) i piąty tomik Kuro <3 
Jeśli chodzi o paznokciową kolorówkę, jestem już w pełni zaspokojona i nie przewiduję nowości, chociaż czasem kusi mnie, żeby kupić lakier w jakimś dziwnym kolorze do wzorków. Wiem jednak, że nie nosiłabym żółtych paznokci i szkoda mi kupować coś, co później będzie leżeć.

edit: włożyłam mus do zamrażarki i zdecydowanie są to najlepsze lody czekoladowe, jakie jadłam :D przez 12-godzinne mrożenie (mecz był, zapomniałam o nich) przypominają teraz kamień, więc następny włożę do zamrażarki na 2-3 godziny.


piątek, 22 czerwca 2012

Bielenda, Beauty Milky - Jogurtowy mus do ciała



Dzisiaj kosmetyk, który zagościł u mnie praktycznie na stałe. Oczywiście z przerwami na inne masła/balsamy od czasu o czasu, zgodnie z zasadą "co za dużo to niezdrowo". Ostatnio coraz częściej kupuje inne produkty a to z powodu tego, że ten konkretny zniknął pewnego dnia z wszelkich Rossmannów, Natur i innych drogerii w których robię zakupy i od tego czasu sporadycznie uda mi się go dorwać z Tesco lub innym supermarkecie. Jednak myślę, że pozostanie jednym z moich ulubionych  produktów jeszcze na długo.



Był to jeden z pierwszych balsamów/maseł/musów do ciała, który sobie kupiłam, a bez których obecnie nie wyobrażam sobie życia. Mam słabość zwłaszcza do tych, które ładnie pachną, a ten zapach idealnie wpasowuje się w moje gusta. Pachnie słodko, lekko migdałowo, wyczuć można z łatwością zapach określony przez producenta jako "biała czekolada". Kolejnym plusem jest trwałość zapachu. Kiedy posmaruje nim ciało rano po prysznicu, wyczuwam go na swojej skórze aż do kolejnego prysznica/kąpieli wieczorem. Zapach utrzymuje się cały dzień. Jest to mój ulubiony balsam jeśli idzie o zapach i naprawdę trudno będzie go przebić. Zwłaszcza, że nigdy nie spotkałam się z kosmetykiem, który miałby chociażby zbliżony zapach do tego. 



Ma bardzo lekką konsystencję(myślę, że nazwanie go "jogurtem" było świetną sprawą, rzeczywiście ma jego konsystencję), szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Całkiem dobrze nawilża skórę. Z wydajnością jest średnio, ale ma on przyzwoitą cenę (ok. 10-11zł za 200ml), więc zakup nie szarpie mnie za bardzo po kieszeni. 

Nie podoba mi się jednak opakowanie. Bardzo. Jest duże - niepotrzebnie, taka ilość balsamu spokojnie zmieściłaby się w inny, bardziej poręczny i mniejszy słoiczek. Poza tym ten jest po prostu toporny, brzydki i tandetny. 

Można także przyczepić się do składu balsamu, który nie wygląda zbyt przyjemnie. Jednak ja (może to i błąd) nie zwracam szczególnej uwagi na skład kosmetyków, dopóki nie robią mi one widoczne krzywdy. Minusem jest też niestety dostępność, odkąd wycofano go z natury i rossmana bardzo ciężko mi go gdziekolwiek dostać. A nie będę dojeżdżać 20km do Tesco za każdym razem, gdy skończy mi się balsam, niestety. 

Kiedyś miałam również płyn do kąpieli z tej serii, ale nie przypadł mi do gustu. Planuję zakup kremu (czy tam maski) do rąk - nawet dla samego zapachu.

Skład: paraffinum liquidum, cetearyl alcohol, glyceryl stearate, glycerin, isodecyl neopentanoate, cyclomethicone, caprylic/capric triglyceride, dimethicone, ceteareth-18, goat milk, propylene glycol, gossypium herbaceum (cotton) seed extract, sodium acrylates copolymer, cetyl alcohol, peg-75 stearate, ceteth-20, steareth-20, ammonium acrylodimethyltaurate/vp copolymer, disodium edta, parfum, benzyl alcohol, benzyl salicylate, coumarin, linalool, phenoxyethanol, methylparaben, ethylparaben, propylparaben, butylparaben, isobutylparaben, 2-bromo-2-nitropropane-1,3-diol

czwartek, 21 czerwca 2012

Zielona budka - lody o smaku szarlotki


Zielona Budka - lody o smaku szarlotki 

Nie mam pojęcia skąd wytrzasnęłam te lody. W sumie to nawet ja ich nie wytrzasnęłam, kupił je ktoś z domowników i wrzucił kilka opakować do zamrażarki. Nikt ich nie jadł. Zrobiło mi się żal wyrzuconych przez tego kogoś pieniędzy, więc postanowiłam spróbować. I zjadłam wszystkie opakowania.

W internecie widnieje zdawkowa informacja, że jest to nowy smak lodów oferowany przez Zieloną Budkę na sezon letni 2012 (chociaż moim skromnym zdaniem ich opakowanie przywodzi na myśl raczej zimę). Na stronie z lodowymi zapowiedziami trafiłam na to:

Szarlotka, apple pie, der Apfelkuchen – ciasto z jabłkami i cynamonem znane jest na całym świecie. A teraz dostępne będzie także w formie pysznych lodów. Idealne połączenia smaku ciasta, jabłek oraz cynamonu jest ciekawym rozwiązaniem dla wszystkich, którzy lubią klasyczne smaki w zupełnie nowej odsłonie. To prawdziwa szarlotka zamknięta w kubeczku.Sugerowana cena detaliczna: 2,50 zł

Lody składają się jakby z trzech "części" - jasne mają smak szarlotki/jabłecznika (jabłecznik to moje ukochane ciastko, nawiasem mówiąc), zielone to lekko kwaskowate lody o smaku jabłka, idealnie komponujące się ze słodkimi lodami szarlotkowymi. Wszystko okraszone jest sosem jabłkowo-cynamonowym. Wszystko razem daje naprawdę ciekawe smakowo połączenie. Słodko-kwaśne z nutą cynamonu rzeczywiście smakuje jak szarlotka. Czuję, że gdy tylko okryję  gdzie można kupić te lody, staną się one częstym gościem w mojej zamrażarce w te wakacje.

Latem zazwyczaj unikam wszelkich produktów o smaku cynamonu, nigdy też nie przepadałam jakoś szczególnie za lodami z Zielonej Budki, jednakże, jeżeli wszystkie tegoroczne nowości są takie jak te konkretne lody - wyruszam na ich poszukiwania.

Dowiedziałam się również, że lody te będą (są?) dostępne w dużym opakowaniu (w cenie ok. 15zł). ŻYĆ NIE UMIERAĆ!

środa, 20 czerwca 2012

Ofiary ciepła (zdjęcia nie dla wrażliwych!)

W poprzednim życiu mogłam być mężczyzną ("Amarantowy? Fiołkowy? A co to za kolor?"), moje włosy mogły też być koloru blond - suchar time! A tak na serio: nabrałam ochoty na ciasteczka. Z czekoladą. Przy ponad 30 stopniach i ostrym słońcu - południe pozdrawia :)
KreMisie firmy dr Gerard.
 [*]
 a miały wyglądać tak:
 Jeden z rannych (ten w lepszym stanie), na głowie ma chyba pupę jakiegoś kolegi.
Ciasteczka mi smakują. Są wręcz pycha, nawet bardziej niż petitki. Herbatniki z czekoladą to nic nowego, ale dodatek mlecznego kremu daje im to coś. Temperatura nie zabiła smaku, ale chciałabym nacieszyć oczy misiami :(
Ciacha kosztują 3,99zł i są dostępne w Tesco. W opakowaniu znajdziecie 3 przegródki, po ok. 4 ciastka w każdej, bo zabijcie mnie, a masy produktu nie pamiętam :P

Znacie to uczucie, gdy chodzicie sobie między półkami i wrzucacie do koszyka byle co? Ja też.
 Świeci! Huhu.

Miałam ochotę na coś dziwnego. Cukierek w spreju z logo Ben 10, cokolwiek to jest (chyba jestem za stara, żeby znać). Opakowanie mi się nie podoba, bo nie umiałam zerwać folii. Psik psik do buzi i... woda. No, bardzo mocno rozcieńczony sok cytrynowy, lekko przechodzący w jabłko. Nawet nie jest słodkie.
Skład sprawdziłam dopiero w domu - znalazłam w nim więcej "E" niż w moim dowodzie osobistym (a jest tego sporo). Nie podjęłam się wyszukania rozwinięć tych tajemniczych kodów, ale "substancje konserwujące" mówią mi dużo. Wyprodukowano w Chinach - jeszcze ciekawiej.
"Cukierek" kosztuje 3,99zł i absolutnie nie jest wart swojej ceny, która zresztą podbita jest bajerem w postaci latarki. Uroczy gadżet, raczej niezdatny do spożycia. Dziecku bym nie kupiła. Może zużyję to na jakąś pułapkę na mrówki.

A tu zakupy bardziej na plus :)

Trafiacie czasem na buble spożywcze?


poniedziałek, 18 czerwca 2012

Sesja, czyli filmowo.

Zacznę od tego, że w przeciwieństwie do Czochera (tak nawiasem zapraszam na jej bloga, jeśli lubicie czytać nie tylko internetowe wypociny) nie potrafię tak ładnie uporządkować mojego blogowania i ten post zamieszczam tutaj, pośród jedzeniowych i kosmetycznych recenzji - pod pojęciem "lifestyle" kryje się też to, na co marnuję mój cenny czas.
No właśnie. Sesja. Czekają mnie jeszcze dwa egzaminy i certyfikat z angielskiego, a pogoda zdecydowanie nie sprzyja. I nie tylko pogoda. Jest jeszcze euro i ogólny leń. Czasem w nocy łapię się na oglądaniu filmików z polszczyzną Eugena i spółki w roli głównej...

Wmawiam sobie, że oglądanie filmów to dobra decyzja, biorąc pod uwagę fakt, że robię certyfikat z angielskiego i mogę się osłuchać :D Tak więc, w ostatnich dniach nadrabiam zaległości filmowe.







Pierwszy film z mojego zestawienia ostatnich dni jest stosunkowo stary, bo z 1999 roku. Utalentowany pan Ripley bardzo mnie zdziwił, bo nie czytałam wcześniej książki (a raczej cyklu książek - Ripliady), na podstawie której nakręcono ten film i jego poprzedników. Nie zwróciłam też uwagi na napis na plakacie. Te uśmiechnięte twarze, włoskie krajobrazy, piosenki... Komedia romantyczna?





zdjęcie - wikipedia

Nic bardziej mylnego. Utalentowany pan Ripley, pomimo wpadającej w ucho muzyki i uśmiechniętego Jude'a, jest thrillerem psychologicznym. Zawsze trafiam na filmy-dziwolągi. Niemniej jednak polecam, fabuła jest dosyć rozbudowana i przypomina grę w kotka i myszkę. Spoilerami nie rzucam, bo sama tego nie lubię, Powiem jednak, że Matt Damon błyszczy, pomimo "nerdowatości" jego postaci (która tak nawiasem nie przypadła mi do gustu), intryga wciąga, plus występ jednego z dwóch moich ulubionych aktorów...



...który pojawił się też tutaj.


The Imaginarium of Doctor Parnassus, czyli po naszemu Parnassus (lepsze takie tłumaczenie niż Dirty Dancing=Wirujący seks, nieprawdaż?), ostatecznie ujrzał światło dzienne w 2009 roku. Ostatni film z Heathem Ledgerem (który wraz z wymienionym wcześniej Judem Law należy do moich ulubionych aktorów). Po jego śmierci w trakcie produkcji, reżyser nie za bardzo wiedział, co z tym zrobić. Nakręcone sceny pozwoliły jednak skończyć film, korzystając z pomocy trzech wspaniałych.

opium.org.pl

Najlepiej w swojej roli wypadł chyba Depp. Transformacja Ledgera w pierwszego "zmiennika" była tak płynna, że nie zorientowałam się od razu. Te same ruchy (niektórzy twierdzą, że Ledger zagrał "na Deppa"), pewne podobieństwo fizyczne... Rola Deppa była najkrótsza, ale chyba najciekawsza w swojej prostocie.
W obliczu wydarzeń towarzyszących produkcji, fabuła filmu była jedynie dodatkiem, ale nie nudziłam się - wręcz oczekiwałam zmian i oceniałam grę kolejnych aktorów wcielających się w rolę Tony'ego.

Złapałam się też na tym, że trzeci wybrany przeze mnie film miał z poprzednimi pewien wspólny element (no ciekawe, jaki? :P).

Sherlock Holmes - Gra cieni, czyli ubiegłoroczna kontynuacja filmu z 2009 roku. Poprzedni film, przez rosnącą ignorancję połączoną z brakiem czasu również olewałam, do obecnego momentu.
Mam słabość do takich filmów i Sherlocka w ogóle. Kostiumy, muzyka, klimat... Serialowy Sherlock z BBC też mnie ujął, ale Holmes w klasycznym wydaniu to jednak to :)
Akcja drugiego Sherlocka przypada bodajże na któryś ze zbiorów opowiadań - jest wodospad Reichenbach :)
Odnośnie obsady, niczego nowego tutaj nie odkryję, chyba każdy skupiał się na dwóch głównych bohaterach. Robert Downey Jr, pomimo iż nie podoba mi się jako mężczyzna (już widzę "wtf?" na twarzach niektórych), jest dobrym Sherlockiem - oddaje charakter i "dziwactwo" postaci, a sceny z planowaną sekwencją ciosów bardzo mi się podobały. Co do Watsona, jest tradycyjnie - na zasadzie "Cóż ten wariat znowu wymyślił i dlaczego muszę za nim łazić?". Łazi jednak posłusznie i chyba świetnie się przy tym bawi.
A scena z kucykiem była świetna :D

Planowałam na wakacje maratony z kolejno - Ledgerem, Law i Nortonem, jednak Jude jakoś tak przechwycił mnie znienacka i lipa trochę. Obym zdała!