poniedziałek, 6 lutego 2012

Psy śmierdzą.


Nie jestem miłośniczką zwierząt. Psów, kotów, kanarków, krów czy czegokolwiek. Nie mam nic przeciwko rybkom akwariowym, dopóki spokojnie pływają sobie za szybą akwarium i nie muszę robić nic poza karmieniem ich. Chociaż czasami zapominam o karmieniu... No, ale psy i koty, kanarki i kury i cała reszta wesołej gromadki są dla mnie zupełnie nie do przyjęcia. Z prostego powodu. Zwierzęta mnie nie lubią. Psy gryzą mnie, moje spodnie, moją szkolną torbę i ogólnie wszystko co w jakimś stopniu jest mną lub moje. Psy sąsiada oczywiście. Poza tym uwielbiają zmuszać mnie do poprawiania kondycji biegnąc za mną na trasie przystanek autobusowy-dom i wściekle ujadając. Ptaki są dziwne, mają pióra i ostro zakończone kończyny. No i dziób, którym jak można się domyśleć mnie dziobią. To potrafi dobić. A koty to koty, mają pazury, drapią, syczą, patrzą wrednie i ogólnie należą do królestwa zwierząt, więc są absolutnie nie do przyjęcia. A raczej były.

To, że po lekturze tej książki z zaciekłego wroga kotów i wszelkich innych stworzeń (łącznie z kilkoma osobnikami gatunku Homo Sapiens) stałam się może nie tyle ich miłośniczką, co po prostu zaczęłam się przez chwilę zastanawiać nad wycieczką w miejsce, gdzie znaleźć będę mogła ogłoszenie o poszukiwaniu nowego właściciela dla kota, coś znaczy. Zorientowałam się jednak, że na moim podwórku mieszka pewien osobnik Tak Jakby Pręgowany z Odrobiną Płowego ale Czasem we Właściwym Świetle Można by Przysiąc, że Ma Coś z Syjamskich. I to jest to zdecydowanie kot prawdziwy, który na szczęście ma mnie głęboko w poważaniu, żyje sobie bez mojej pomocy, może nie między belami siana, ale między deskami i jest to jednocześnie kot mój i mojego sąsiada (nie, nie tego od psów). Żeby nie było - kot ma legowisko w domu. Po prostu go nie lubi i z niego nie korzysta. W końcu to Kot Farmowy.

Książkę czyta się szybko, bez zgrzytów i większego wysiłku oraz z przyklejonym do ust uśmiechem - przynajmniej w moim przypadku. Całe szczęście czytałam ją we własnym domu, bez świadków, którzy mogliby zacząć się zastanawiać nad moim zdrowiem psychicznym, słysząc parsknięcia śmiechu w moim wykonaniu. Rodzina w każdym razie była wyraźnie zaniepokojona. Kot nie. 
Jednak o ile tekst szczerze mnie rozbawił nie mogę powiedzieć tego o ilustracjach. Zaledwie kilka z nich wywołało na mojej twarzy coś na kształt uśmiechu (na czele z kotem-wegetarianinem i kotem rozjechanym przez ciężarówkę). Pozostałe to zapewne po prostu nie mój typ poczucia humoru. No cóż, nie można mieć wszystkiego, śmiać się ze wszystkiego najwidoczniej też nie. Mimo to, uważam, że książka bez ilustracji zdecydowanie byłaby mniej interesująca niż z nimi. Przynajmniej dla mnie - jestem wzrokowcem i lubię obrazki, nawet jeżeli mnie nie śmieszą.

Osobiście trochę żałuję, że sir Pratchett nie napisał czegoś podobnego o psach (i jak sądzę nie ma nawet co liczyć na to, że cokolwiek takiego napisze). Kto wie, może polubiłabym te czworonożne maszyny zagłady? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz